piątek, 17 maja 2013

Kevin Carson "Repliki" cz. 2

Riposta do George`a Reismana
W przeciwieństwie do Waltera Blocka, Reisman jest zbyt wyćwiczony, żeby chociaż spróbować zdobyć się na najmniejszy przejaw poczucia humoru lub aby uznać, pro forma, mój pełen dobrej woli wysiłek włożony w napisanie książki. Chce krwi. Jak ostrzegł mnie zawczasu mój wydawca, recenzje wahają się od „musimy oświecić naszego pełnego dobrej woli i niejednokrotnie przenikliwego, choć mylącego się w kluczowych sprawach, towarzysza” po „zabić komucha!”. Reisman, jak się przekonałem, zakotwiczył się na prawym końcu tego spektrum.
Sam tytuł recenzji Reismana to błąd niedostatecznego uzasadnienia. Cały pierwszy akapit pozostaje w tym duchu. Reisman twierdzi bowiem, że moja książka „oparta jest na niewiarygodnej tezie, sprzecznej wewnętrznie, że kapitalizm, w tym także kapitalizm leseferystyczny, to system oparty na interwencji państwa, naruszającej zasady wolnorynkowe”. Przy okazji: jeśli wtrącenie Reismana, „w tym także kapitalizm leseferystyczny” w ogóle cokolwiek znaczy, to implikuje, że Reisman uznaje jakiekolwiek twierdzenie o państwowej interwencji nawet w nie-leseferystycznym kapitalizmie za niewiarygodne i wewnętrznie sprzeczne.
Celowo postanowiłem przywołać oryginalne, Hodgskinowskie znaczenie terminu „kapitalizm” z tego samego powodu, z jakiego niektórzy dwudziestowieczni obrońcy wolnego rynku zdecydowali się nadać mu boskie znaczenie: żeby coś udowodnić. Termin „kapitalizm”, w pierwotnym znaczeniu, nie odnosił się do wolnego rynku, a do etatystycznego systemu klasowego, w którym kapitaliści kontrolowali państwo, a państwo interweniowało w gospodarkę w ich imieniu. Wciąż jest on używany w tym znaczeniu przez niektórych wybitnych libertarian, np. R.A. Wilsona:


WOLNY RYNEK: Stan społeczeństwa, w którym wszystkie transakcje ekonomiczne oparte są na wolnym wyborze zainteresowanych.
PAŃSTWO: Instytucja, która ingeruje w Wolny Rynek za pomocą bezpośredniego nacisku lub przywilejów (za którymi stoi przymus).
PRZYWILEJ: Od łacińskiego privi, prywatny, i lege, prawo. Przewaga nadana przez Państwo i chroniona przez jego siłę przymusu. Prawo nadawane dla prywatnych korzyści.
LICHWA: Forma przywileju lub ingerencji w Wolny Rynek, w której jedna wspierana przez Państwo grupa monopolizuje bicie monety i tym samym pobiera haracz (odsetki), bezpośredni lub pośredni, od wszystkich lub większości transakcji ekonomicznych.
LANDLORDYZM: Forma przywileju lub ingerencji w Wolny Rynek, w której jedna wspierana przez Państwo grupa „posiada” ziemię i tym samym pobiera haracz (czynsz) od tych, którzy mieszkają, pracują bądź prowadzą działalność wytwórczą na tej ziemi.
KAPITALIZM: Sposób organizacji społeczeństwa łączący w sobie elementy podatku, lichwy, landlordyzmu i systemu celnego, który tym samym wyklucza istnienie Wolnego Rynku, udając jednocześnie, że jest jego egzemplifikacją. (Shea i Wilson 1975, str. 622-23)

Jak wyjaśniłem w mojej książce tymi właśnie słowy, odróżniam „kapitalizm” od „wolnego rynku” dokładnie w stopniu, w jakim nie jest on „leseferyzmem”. Chodzi o to, że „kapitalizm laissez-faire”, z historycznego punktu widzenia, stanowi oksymoron. „Rzeczywiście istniejący kapitalizm” od zawsze charakteryzował się wszechobecną państwową interwencją. Jak Benjamin Tucker w swoim tekście „State Socialism and Anarchism” („Socjalizm państwowy i anarchizm”), dążę do likwidacji kapitalizmu za pomocą leseferyzmu i wolnego rynku.
Nie zamierzam spierać się z tymi, którzy celowo używają terminu „kapitalizm leseferystyczny”, odróżniając go od „rzeczywiście istniejącego kapitalizmu”. Wielu anarcho-kapitalistów, swoją drogą, nie ma żadnych problemów z moją terminologią, pod warunkiem, że obie strony dostrzegają różne rozumienia tego terminu. Polecam wpis Chrisa Sciabarry na jego blogu, pt. „Capitalism: The Known Reality” (Sciabarra 2005, Notablog), gdzie autor przedstawia zniuansowaną naturę wyrazu „kapitalizm”. Będę jednak sprzeciwiać się historycznym analfabetom, którzy tak ugrzęźli w chwilowym prowincjonalizmie, że nie zdają sobie sprawy z tego, że terminy mają historię. Reisman ewidentnie zalicza się do tych ostatnich, wyśmiewając „anarchizm indywidualistyczny” (tak jakbym to ja był twórcą tego terminu) i określając laborystyczną teorię wartości mianem doktryny „marksistowskiej”.
Reisman odnosi się do mnie niemal na każdej stronie swojej recenzji mianem „marksisty” do takiego stopnia, że wydaje się to już nie tyle nudne, co wymuszone. Prawdopodobnie wychodzi on z założenia, że wielokrotne powtórzenie sprawi, że kłamstwo odniesie swój skutek; jednak jedyne, co tak naprawdę osiągnął, to uwidocznienie swojej własnej historycznej ignorancji.
Reisman oskarża mnie o zafałszowanie laborystycznej teorii wartości Ricardo, gdyż rzekomo ignoruję to, iż postrzegał on czas i stopę zysku jako czynniki komplikujące. Jestem, jak mówi, „absolutystą” teorii laborystycznej, jak Marks, dla którego „źródłem wartości wymiennej jest wyłącznie ilość pracy włożonej w produkcję”. Przede wszystkim, istnieje dosyć sporo „absolutystów” teorii laborystycznej w rozumieniu Reismana. Biorąc pod uwagę znaczenie ogólnej stopy zysku oraz związany z nią problem transformacji w ekonomii marksistowskiej, powinno być oczywiste, że stopa zysku komplikuje sprawy dla Marksa tak samo, jak dla Ricarda. I przeświadczenie Ricarda, że zysk był odejmowany od wartości pracy, zostało podchwycone przez szkołę ricardiańskich socjalistów, którzy wyciągnęli radykalne wnioski z jego ekonomii na długo przed pojawieniem się Marksa. Jak sam Reisman później stwierdza,

Carson, jak wszyscy marksiści, i, co należy dodać, jak niemal wszyscy ekonomiści ze wszystkich szkół, włączając w to Böhm-Bawerka, podąża śladem Adama Smitha, widząc zysk jako wartość odejmowaną od tego, co w przeciwnym razie byłoby płacą.

W każdym razie, jako że nie tylko odróżniam zysk przedsiębiorczy i premię za ryzyko od zysku z kapitału jako takiego, ale również poświęciłem cały rozdział preferencji czasowej, nazywanie mnie „absolutystą” teorii laborystycznej jest cokolwiek przesadne.
Odnosząc się do mojej analizy monopolu ziemskiego, Reisman ponownie popełnia błąd niedostatecznego uzasadnienia:
Jeśli ja, prawowity właściciel ziemi, decyduję się odnajmować ją lokatorowi, który zgadza się płacić czynsz, nieruchomość ta, zdaniem Carsona, staje się własnością lokatora i moje próby pobrania ustalonego za obopólną zgodą czynszu postrzegane są jako brutalne naruszenie jego [lokatora] „absolutnego prawa własności”. Co za tym idzie, Carson postrzega jako interwencję państwa ochronę przez owo państwo praw właściciela ziemskiego przed złodziejem. Wierzy on, że ma prawo zabronić mi i lokatorowi zawierania wiążącej umowy określającej płacenie czynszu i że takie działanie w żaden sposób nie jest pogwałceniem naszej wolności do zawierania umów i państwową interwencją.

Ponieważ zasady ustalenia „prawowitego właściciela ziemi” wbrew „złodziejowi” stanowią obiekt niezgody pomiędzy doktrynami własności Locke’a i Ingallsa-Tuckera, nie wystarczy, jak czyni Reisman, założyć z góry odpowiedź. Krytyka Reismana ma sens jedynie, jeśli uznamy zasady własności Locke’a za oczywiste. W przeciwieństwie do Longa, który przedsięwziął wysiłek, aby uzasadnić swój punkt widzenia, Reisman po prostu przyjmuje to za pewnik. Kto jest inicjatorem przemocy, a kto obrońcą zależy od tego, jak odpowiemy na powyższe pytanie dotyczące zasad nabycia własności. Egzekwowanie jakichkolwiek praw własności, niezależnie czy opartych na standardzie Locke’a, Ingallsa-Tuckera, czy georgistów zależy od lokalnego konsensusu odnośnie tego, co stanowi prawomocną podstawę własności. I egzekwowanie jakiegokolwiek zbioru takich zasad przez lokalną społeczność będzie postrzegane jako uprawniona samoobrona przez zwolenników tego reżimu praw własności i jako akt agresji przez zwolenników przeciwstawnych filozofii.
Reisman popełnia ten sam błąd, co Rothbard, opisując system bankowości mutualistycznej Greene’a-Tuckera jako system łatwego pieniądza. Celem banków mutualistycznych nie jest „nieograniczona ekspansja kredytowa”, ale eliminacja przeszkód w wejściu na rynek kredytowy, które pozwalają uprzywilejowanym pożyczkodawcom przyznawać pożyczki zabezpieczone po monopolistycznych cenach. W rzeczywistości, Reisman posuwa się nawet do stwierdzenia, że jestem „całkowicie nieświadomy” tego argumentu wysuniętego przez Rothbarda w jego artykule o doktrynie Spoonera-Tuckera. Nieświadomy czy tylko nieprzekonany? Reisman, jak Block, przypomina mi tych piewców teorii laborystycznej, którzy sprowokowali gniew Böhm-Bawerka. On, tak jak oni, serwuje odwołaniami do autorytetów zamiast argumentami.
Następnie, Reisman wdaje się w obszerne rozważania, dlaczego uznaje kapitalistyczną własność i pracę najemną jako jedyny możliwy sposób organizacji produkcji wielkoskalowej. Choć niektóre formy produkcji wymagają „zgromadzenia znacznej ilości dóbr kapitałowych i obecności znacznej liczby robotników” i „nie mogą zostać przeprowadzone przez indywidualnych robotników, z których każdy pożytkowałby własne środki produkcji”, nie wynika z tego, że kapitalistyczna własność i praca najemna są jedynym sposobem, w który praca i środki produkcji mogą zostać zagregowane. Reisman sprzeciwia się mojemu odrzuceniu „konieczności oddzielenia pracowników od własności dóbr kapitałowych, z których korzystają w swojej pracy”; nie tylko ją odrzucam, ale w swoim uporze „[w]ięcej niż raz (...) [przedstawiam] taki rozdział jako całkowicie zbędny”.
Czy w takim razie powinniśmy rozumieć, że Reisman postrzega rozdział pracy najemnej od własności środków produkcji jako „konieczność” dla wielkoskalowej produkcji? Jeśli tak, nie jest do końca jasne, jakie są przyczyny takiej konieczności. Co więcej, wydaje się zakładać, nie przedstawiając żadnego dowodu, że jedyną alternatywą dla przedsiębiorstw kapitalistycznych jest chałupnictwo i praca rzemieślnicza.
Ten temat wiąże się z innym: moja „naiwność” to podobno nic innego jak tęsknota za chałupnictwem i pracą rzemieślniczą. Wygląda na to, że muszę przyznać Reismanowi rację, czy chcę czy nie, że praca rzemieślnicza to jedyna realna forma, która łączy własność producenta z kontrolą nad produkcją. Choć wyjaśniłem, że system produkcji fabrycznej zastąpił przemysł chałupniczy częściowo z przyczyn innych niż techniczna wydajność, nigdy nie twierdziłem, że masowa produkcja jest zbędna w każdych okolicznościach. Jednak to, co tak naprawdę napisałem, w żaden sposób nie stanie na drodze Reismanowi w zaszufladkowaniu mnie jako romantycznego mediewisty.
Praktycznie każdą moją wypowiedź o rewolucji przemysłowej wplata do swojego motywu przewodniego: moje cytaty z Kirpatricka Sale`a i Stevena Marglina, na przykład, dowodzą mojej patologicznej nostalgii do świata Williama Morrisa. Tym samym Reisman odrzuca jako „bajeczkę” argumenty Sale odnoszące się do prawnych ograniczeń narzędzi przemysłu chałupniczego – nie biorąc, oczywiście, w najmniejszym stopniu pod uwagę tego, czy takie prawa rzeczywiście istniały. „Carson i Sale” – zauważa – „nigdy zdaje się nie słyszeli o czymś takim jak luddyści i późniejsze ataki na maszyny w 1826 r., przy czym oba miały swoje źródło w tym, że producenci chałupniczy nie byli w stanie podołać konkurencji ze strony fabryk”. Cóż, z pewnością jest to interesujące spostrzeżenie, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Sale napisał książkę o luddystach (Sale 1995). W każdym razie, pytanie nie brzmi, czy wytwórcy chałupniczy mogli „podołać konkurencji ze strony fabryk”, ale jaka była natura tejże konkurencji – państwowa czy rynkowa. W końcu trudno jest konkurować z Ojcem Chrzestnym.
Reisman wnosi zastrzeżenia do twierdzenia Stephena Marglina (w „What Do Bosses Do?”, 1974), jakoby większa wydajność była wynikiem nie podziału pracy jako takiej, ale podziału zadań. Marglin stoi na stanowisku, że wytwórca chałupniczy mógłby osiągnąć większą wydajność, porównywalną do tej w fabryce szpilek Adama Smitha, poprzez zwykły rozdział i sekwencjonowanie zadań: najpierw wyciąganie całego drutu, potem cięcie całej partii, następnie ostrzenie itd. „Antydowód” Reismana?

Zwykle nie będzie miało to [oszczędność czasu w wyniku podziału pracy] miejsca w przypadku jednostki usiłującej wykonać samodzielnie wszystkie kroki związane z wytworzeniem produktu. Na przykład kiedy składam, dajmy na to, stół na mój prywatny użytek (...) to prawie zawsze składał będę tylko jeden taki stół i z całą pewnością marnotrawić będę swój wysiłek, jako że będę musiał wielokrotnie przechodzić od jednej operacji do drugiej. (...) W takim przypadku nie byłoby miejsca na „sekwencjonowanie” w rozumieniu Carsona. Gdybym chciał wyprodukować szpilki na własny użytek, potrzebowałbym jedynie relatywnie niewielkiej ich liczby, a tym samym zakres sekwencjonowania w rozumieniu Carsona byłby bardzo ograniczony, a zatem niewiele zmniejszyłaby się strata energii spowodowana przejściem od jednego zadania do drugiego.

Marglin odnosił się do chałupniczej produkcji szpilek na potrzeby rynku, w którym serie produkcyjne byłyby wystarczająco duże, aby pozwolić na rozdział i sekwencjonowanie zadań. Aby dowieść niepraktyczności tej metody, Reisman podaje przykłady składania jednego stołu i paru szpilek – w obu przypadkach na własny użytek. Jak widać nie pojmuje on różnicy między produkcją chałupniczą dla rynku towarowego a produkcją na potrzeby gospodarstwa domowego.

Sprawy mają się zupełnie inaczej tylko wtedy, gdy podział pracy został przeprowadzony w takim stopniu, że ma miejsce regularna produkcja dużych ilości danego dobra na potrzeby rynku. Dopiero w takim wypadku możliwe jest w pełnym zakresie sekwencjonowanie w rozumieniu Carsona, a sam sposób zaoszczędzi wiele utraconego wysiłku w porównaniu z sytuacją, gdy pojedyncza osoba wykonuje wszystkie kolejne kroki w jeden za drugim.

Nie do wiary! Innymi słowy, sprawdziłoby się to „tylko” w takich warunkach, jakie ja sam opisywałem.

Jednak, jak właśnie zwróciłem uwagę, samo istnienie takiej możliwości z góry zakłada daleko idący podział pracy. Pozostaje tylko pytanie, czy opłaca się posuwać dalej w podziale pracy, w ramach produkcji jednej sfery: tj. zastąpić dalej posunięty podział pracy w produkcji fabrycznej mniej zaawansowanym podziałem pracy związanym z produkcją chałupniczą.
Niestety, dla Carsona i Marglina, opłacalność ta jest oczywista. (...) Opłaca się to, ponieważ – przy braku innych powodów – produkcja fabryczna jest o wiele bardziej efektywna, jeśli chodzi o wykorzystanie dóbr kapitałowych, a więc również pracy niezbędnej do ich produkcji, aniżeli produkcja chałupnicza. Unika ona ogromnych strat w postaci niepotrzebnej duplikacji wyposażenia i nieużywanych zapasów, które to zjawiska wystąpiłyby w produkcji chałupniczej.

Możliwa, tak, ale nie „oczywista”. Jak już zwróciłem uwagę, nigdy nie twierdziłem, że produkcja fabryczna nigdy nie była bardziej efektywna od chałupnictwa – a jedynie że wzrost technicznej efektywności w niezadowalającym stopniu, same przez się, tłumaczą skalę „przewagi konkurencyjnej”, o której pisze Reisman, nie przechylając szali na korzyść fabryk.
Jeśli zaś chodzi o skalę produkcji konieczną do pełnego wykorzystania dóbr kapitałowych, to jest to podręcznikowa definicja wewnętrznej ekonomii skali. Jednak poziom produkcji, przy którym jest ona osiągana, jest kwestią empiryczną, a więc różni się w zależności od rodzaju przemysłu. Wykluczenie przez Reismana a priori produkcji domowej jest zatem bezzasadne. Na dodatek, ten wielki fantasta, Kirkpatrick Sale, poświęca znaczną część swojej książki „Human Scale” (1980) na szczegółowe, techniczne rozważenie tego, czy małe fabryki, wykorzystujące wielofunkcyjną maszynerię produkcyjną, mogłyby służyć rynkom lokalnym o liczebności kilkudziesięciu tysięcy ludzi przy co najwyżej niewielkim wzroście jednostkowych kosztów produkcji.
Nie zapominajmy też, że ekonomie skali to tylko jedna strona medalu. Istnieją także dysekonomie skali. Występują wzrastające wewnętrzne koszty transakcyjne oraz zmniejszenie efektywności w wyniku dodania kolejnych warstw biurokracji, o których pisał Oliver Williamson (1985). Mamy wewnętrzny charakter korporacji jako gospodarki planowanej, w której wewnętrzna wycena czynników oddzielana jest w jeszcze większym stopniu od zewnętrznych cen rynkowych w miarę jej rozwoju. Istnieje irracjonalizm związany z coraz większą trudnością ustalania kosztów i zysków płynących z każdego, pojedynczego działania, przez co bodźce administracyjne muszą zastąpić bodźce rynkowe w stosunkach z personelem (w połączeniu, oczywiście, z wszelkiego rodzaju pokusą nadużycia). Co prawdopodobnie najważniejsze, funkcjonują koszty dystrybucji na duże odległości. Jak zauważył Ralph Borsodi dziesiątki lat temu, zwiększone koszty dystrybucji równoważą ekonomie skali przy stosunkowo niskich poziomach produkcji. I dalej, jak pokazał Barry Stein w „Size, Efficiency, and Community Enterprise” (1974), fabryka może funkcjonować znacznie poniżej maksymalnej ekonomii skali (prawdopodobnie tylko jednej trzeciej optymalnej produkcji) przy zaledwie 5-cio lub 10-cio procentowym wzroście kosztu jednostkowego, który jest więcej niż równoważony przez zredukowany koszt dystrybucji.
Tak więc, analizując jednocześnie prace Sale’a, Borsodiego i Steina odkrywamy, że zdecentralizowana gospodarka oparta o zróżnicowaną produkcję na niewielką skalę dla potrzeb lokalnych jest całkiem możliwa przy niewielkim lub zerowym spadku ogólnej efektywności. I to bez państwowych dopłat do transportu dalekobieżnego oraz wielu innych dysekonomii skali; jest więc to kierunek, w którym najprawdopodobniej zmierzałby wolny rynek. Co więcej, skromne rozmiary fabryk konieczne dla takich lokalnych rynków świetnie mieściłyby się w zakresie spółdzielni pracowniczych, które Reisman uważa za tak niedorzeczne.
Reisman szydzi ze mnie także za, jak to określa, „przedkładanie łopaty ponad pług”. Cóż, czy się to Reismanowi podoba, czy nie, produktywność upraw grządkowych przy użyciu szpadla jest wyższa, jeśli chodzi o produktywność na akr niż w przypadku rolnictwa zmechanizowanego, przynajmniej w przypadku uprawy warzyw. Zobacz np. „The Myth of Agricultural Efficiency” (1997) autorstwa Michaela Perelmana. Z kolei biointensywne techniki rolne Johna Jeavonsa są, w porównaniu ze „szpadlowym” ogrodnictwem, o którym pisze Perelman, jak Ferrari w porównaniu ze Stanleyem Steamerem. Uprawa na grządkach wymaga większych nakładów pracy; jednakże zmechanizowany agrobiznes, mając preferencyjny dostęp do dużych połaci ziemi, woli oszczędzać na pracogodzinach, a nie na powierzchni. Z drugiej zaś strony, nieszczęśni żebracy na ulicach miast Trzeciego Świata bez wątpienia woleliby taką pracochłonną uprawę ziemi, której zostali pozbawieni, od swojego obecnego losu. Ponadto, jakkolwiek nielogiczne wyda się to Reismanowi, korzyści wynikające z korzystania ze zmechanizowanego rolnictwa i przetwarzania żywności nie są aż tak duże nawet w porównaniu ze zwykłymi metodami wykorzystywanymi przez przeciętnego podwórkowego ogrodnika. Borsodi przeprowadził dokładną analizę wszystkich kosztów (włączając w to czas pracy i materiały) związanych z hodowlą i puszkowaniem warzyw w domu i doszedł do wniosku, że bardziej opłaca się hodować własne. Jak już powiedziałem, zwiększone koszty ogólne i koszty dystrybucji produkcji na dużą skalę równoważą wiele korzyści, którymi Reisman jest tak oczarowany.
Reisman odrzuca również to, że

aby sprawić, żeby rolnicy produkujący na własne potrzeby zarabiali, najpierw należałoby narzucić na nich podatki pieniężne, tak jakby dobra, których potrzebują, a których nie są w stanie sami wyprodukować, nie stanowiły wystarczającej zachęty.

Straw man. Nie powiedziałem, że żadni rolnicy nie będą chcieli partycypować w gospodarce pieniężnej, jeśli nie narzuci się na nich podatków – a jedynie, że polityka państwowa zmusiła ich do tego na większą skalę, niż miałoby to miejsce w przeciwnym razie. A może Reisman nie wierzy, aby podatki państwowe miały jakikolwiek wpływ na zachowanie – dziwne stanowisko jak na libertarianina. I znów, czy się to Reismanowi podoba, czy nie, motywacją władz brytyjskich do narzucenia podatku pogłównego w Afryce Wschodniej i wielu innych koloniach było właśnie to: zmuszenie rolników produkujących na własny użytek do wejścia na rynek pracy najemnej. I ci wstrętni marksiści, klasy posiadające uprzemysłowionej Anglii, dość szczerze przekazali nam swoją ocenę sytuacji. Książki napisane w tamtym czasie pełne są oświadczeń ziemiaństwa, że obostrzenia te były konieczne, aby zmusić robotników do pracy za cokolwiek im się zaoferowało, ponieważ niemożliwe jest narzucenie odpowiedniej dyscypliny człowiekowi, który nie jest pozbawiony środków do życia. Panu Reismanowi nie zaszkodziłoby przeczytanie prac E.G. Wakefielda (1969 i 1834), który opowiadał się za ograniczeniem dostępu kolonistów do wolnej ziemi; jako powód podawał, że niemożliwe jest osiągnięcie pożądanych zysków z pracy, jeśli pracownicy mieliby niezależny dostęp do taniej ziemi.
Narzekałem, że Reisman nigdy nie pokusił się na odpowiedź na pytanie, dlaczego kapitał nie mógłby zostać zagregowany na potrzeby produkcji wielkoskalowej przez samych pracowników w warunkach wolnego rynku, w którym klasy produkujące nie zostały ograbione ze swoich środków produkcji, a państwo nie zapobiegło łączeniu się pracowników w związki. Jednak na swój sposób dostarcza on wyjaśnienia w odpowiedzi na ten mój niezwykle obraźliwy paragraf:

Dlaczego cechy rzemieślnicze nie mogły funkcjonować jako środek mobilizacji kapitału dla produkcji wielkoskalowej i kooperacji? Dlaczego chłopi w wiosce nie mogli współpracować ze sobą w kupnie i użytku zmechanizowanych narzędzi rolniczych? Być może dlatego, że, przy nieobecności „progresywnej” klasy rządzącej, nie mogli wpaść na ten pomysł. Albo tak po prostu.

Wzburzony Reisman oskarża mnie o wielką zbrodnię, polegającą na „przypisywaniu przeciętnej osobie zdolności niezależnej myśli i osądu, która jest udziałem tylko nielicznych”. I jeszcze: „Carson po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego, że innowacja to produkt wybitnych, zaangażowanych jednostek, które muszą przezwyciężyć brak zrozumienia i tępotę większości swoich współbraci, a często także ich wrogość”.
Cóż! To by było na tyle, jeśli chodzi o twierdzenie Karla Hessa, że „libertarianizm to ruch ludzi”! Hmm, czy przypadkiem Reisman nie powinien malować graffiti na kominkach lub wysadzać kopalni miedzi w powietrze czy zajmować się czymś podobnym?
W świetle tego, tym dziwniejsze wydaje się to, że Reisman podaje ten akapit jako dowód na mój „kolektywizm”, gdyż skrytykowałem w nim marksistowski dogmat, według którego historyczny kapitalizm to konieczna „postępowa” siła, która przezwycięża zacofane, drobnomieszczańskie instynkty chłopów i rzemieślników, zapędzając ich do fabryk jak bydło. W jego odach ku ekonomii skali i centralizacji, o konieczności jednoosobowego zarządu itd., on sam brzmi nieco jak Fryderyk Engels. Widocznie więc jest on bardziej wyrozumiały dla kolektywistów niż ja sam; a w duchu jest zapewne galbraithiańskim technokratą. Być może ironia obca jest Reismanowi, który z taką lubością nazywa mnie „marksistą”; jednak dla mnie jest przewyborna.
Reisman uparcie powtarza, że gospodarka prostego obiegu i pracujących na własny rachunek rzemieślników byłaby „gospodarką ogromnej nędzy”. Jak marksista, zaprzecza, jakoby gromadzenie surowców czy też akumulacja kapitału mogły mieć miejsce poza systemem pracy najemnej – pozbawiającym siłę roboczą własności. Jednak nie podaje on żadnych dowodów na poparcie tej tezy, oprócz założenia a priori, że innowacja to wyłączna działka kwadrato-szczękich Übermenschów o wyrazistych kościach policzkowych, palących jednego papierosa za drugim i zamieszkujących Wąwóz Galta.
Jeśli chodzi o zagadnienie innowacji, Reisman powinien przeczytać wspomnianą wyżej pracę „Size, Efficiency, and Community Enterprise” Stein’a. Stein odkrył, że ogromna większość zwiększających produktywność innowacyjnych rozwiązań wymaga zaprowadzenia przyrostowych zmian w procesie pracy i że wzrost produktywności był głównie efektem zbiorczym takich przyrostowych zmian. I zgadnijcie co? Ludzie bezpośrednio zaangażowani w proces pracy mają największą szansę zauważyć, w jaki sposób można by je usprawnić. Z własnego doświadczenia wiem, że głównym powodem, dla którego pewne rzeczy robi się tak irracjonalnie w dużych organizacjach jest to, że ci, którzy mają najlepszą bezpośrednią wiedzę na temat tego, co jest nie tak, mają najmniejsze możliwości naprawienia tego – kolejny przykład niedostatecznej internalizacji konsekwencji działań w hierarchii. Najmniejsza zmiana musi trafić do „pudełka sugestii” i przebrnąć przez siedemnaście poziomów zarządu; jeśli jeszcze kiedykolwiek się pojawi, to powraca odgórnie w ledwie rozpoznawalnej formie, niczym ukaz z sowieckiego ministerstwa przemysłu. Prace traktujące o samorządzie pracowniczym pełne są niezliczonych badań i masy analiz opisujących wzrost produktywności w tym systemie. Może Reisman mógłby darować sobie ponowną lekturę „Atlasu Zbuntowanego” i rzucić na nie okiem.
Reismanowi nie podoba się również mój opis wydarzeń historycznych okresu wczesnej nowożytności, w których to nowe, absolutne państwa Europy Zachodniej przy pomocy prochu podbijały swoje własne terytoria i zniszczyły wolne miasta, ograniczając rozwój intelektualnych i technologicznych innowacji późnego średniowiecza. Czy Reismanowi podoba się to, czy nie, renesans opierał się na wcześniejszych osiągnięciach kulturowych wolnych miast i klasztorów trzynasto- i czternastowiecznych; a techniczne podwaliny pod produkcję parową zostały położone właśnie przez tę cywilizację. Znaczna część podręcznikowej rewolucji przemysłowej sprowadzała się do ponownego odkrywania koła lub stanowiła po prostu powrót do wcześniejszych rozwiązań po dość długiej przerwie. W tym temacie polecić mogę „The Medieval Machine: The Industrial Revolution of the Middle Ages” (1977) Jeana Gimpela.
Reisman opisuje późne średniowiecze, a także „średniowiecze w ogóle” jako „erę, w której rządziły strach i przesąd” oraz „charakteryzującą się takimi zjawiskami jak głód, zaraza, lochy i sale tortur, palenie na stosach i okresowe wybuchy masowej psychozy”. Litości! Jakże się cieszę, że żadne z powyższych nie miały miejsca we wczesnej epoce nowożytnej! Lochy i sale tortur związane były z państwami przez cały okres ich historii, a ograniczał je wyłącznie zasięg władzy państwa. A biorąc pod uwagę potęgę nowych monarchów absolutnych (znacząco przewyższającą jej średniowieczny odpowiednik), wątpię, aby wieki średnie w jakikolwiek sposób miał pod tym względem przewagę nad Henrykiem VIII czy Ludwikiem XIV. Jedną z cnót wolnych miast, funkcjonujących przed nastaniem absolutyzmu, jest to, że w większości przypadków znajdowały się one znacznie poza sferą wpływów państwa. Obraz średniowiecza nakreślony przez Reismana to nic innego, jak karykaturalna parodia.
Lekceważący stosunek Reismana do średniowiecza odbiega z pewnością od stanowiska Rothbarda – zobacz w szczególności jego pogardę dla scholastyków (1998, str. 6). Rothbard z kolei poświęcił im ponad sto stron w swoim traktacie o historii myśli ekonomicznej i gdzie indziej określił ich mianem „niezwykłych i przewidujących ekonomistów” (Rothbard 1995, rozdz. 2-4 i 1997, str. 174).
Reisman ma również problem z pierwotną akumulacją. Wyśmiewa oppenheimerowską tezę o politycznym zawłaszczeniu ziemi, zaprzeczając nie tylko, jakoby miało ono jakikolwiek wpływ na możliwe do zaakceptowania przez pracowników płace, ale również próbując zminimalizować stopień, w jakim taka kradzież ziem miała miejsce.
Jednak nie musi on sięgać dalej niż do tego starego „marksisty” Rothbarda (będącego pod sporym wpływem Oppenheimera), w którego dziełach można znaleźć możliwie najbardziej radykalne podejście do tej kwestii. Rothbard uważał, że sztuczny niedobór ziemi powoduje wzrost krańcowej wartości produktu, a tym samym obniżenie płac (Rothbard 1977, str. 132-33).
Reisman zaprzecza, jakoby przechodzenie robotników z gospodarstw rolnych do fabryk, miało cokolwiek wspólnego z „wywłaszczeniem ludzi z ziemi i ograniczeniem ich dostępu do niej”. Utrzymuje on za to, iż zjawisko to miało miejsce wyłącznie z tego powodu, że preferowali oni pracę najemną. I ten „wybór” był możliwy dzięki „prywatnej własności ziemi i respektowaniu praw własności właścicieli ziemskich”. Przez właścicieli ziemskich Reisman rozumie, oczywiście, nie rolników, którzy zostali zmuszeni przez feudalnych zaborców do uiszczania opłat za korzystanie z ich własnej ziemi, ale spadkobierców politycznych zawłaszczycieli.
Reisman niezbyt respektuje za to zwyczajowe prawa własności chłopów, kiedy stoją one na drodze forsy właściciela ziemskiego. Wykazuje się on zdumiewającą wręcz nieznajomością zagadnień praw własności w „reformie” ziemskiej Stuartów – posuwając się nawet do oskarżenia mnie o sympatyzowanie z systemem feudalnym. „Reforma” Stuartów rzeczywiście zastąpiła feudalne prawo dzierżawy ziemi zasadą „własności prywatnej”. Jednak Reisman wydaje się nie zdawać sobie sprawy, że istniały dwa możliwe sposoby przeobrażenia feudalnej własności w nowoczesną własność prywatną. Jednym z nich byłoby unieważnienie roszczeń „własnościowych” ziemskiej arystokracji, które istniały wyłącznie w feudalnej teorii prawnej, i uregulowanie istniejącego de facto tytułu chłopów rolnych, którzy zajmowali ziemie od czasów sprzed Zaboru. Drugi, to przekształcenie nominalnych roszczeń feudalnych potentatów ziemskich w nowoczesne prawo własności prywatnej i tym samym przekształcenie chłopów w wolnych dzierżawców.
W tym przypadku nie ulega wątpliwości, jakie są sympatie Murraya Rothbarda. Oto ustęp, z rozdziałów 10 i 11 „The Ethics of Liberty”, dotyczący feudalizmu, pod którym to pojęciem rozumie on „stałą agresję tytularnych właścicieli ziemskich wymierzoną przeciwko chłopom przekształcającym ziemię”:

Przypuśćmy jednak, że wieki temu Smith uprawiał ziemię, będąc jej prawowitym posiadaczem; i że następnie przyszedł Jones i osiadł nieopodal Smitha, gwałtem przejmując prawo do ziemi Smitha i egzekwując od Smitha „czynsz”, w zamian za przywilej dalszej możliwości uprawy tejże ziemi. Przypuśćmy, że obecnie, wieki później, potomkowie Smitha (bądź też członkowie jakiejkolwiek innej rodziny) zajmują się uprawą tej samej ziemi, podczas gdy potomkowie Jonesa, tudzież ktokolwiek, kto nabył ich prawa, w dalszym ciągu pobierają daninę od współczesnych rolników. Gdzie leży rzeczywiste prawo własności w takim wypadku? Powinno być jasne, tak jak i w przypadku niewolnictwa, że mamy do czynienia z przypadkiem utrzymującej się agresji w stosunku do prawdziwych właścicieli – prawdziwych posiadaczy – ziemi, rolników bądź chłopów, ze strony nielegalnego właściciela, człowieka, którego pierwotne i nadal obowiązujące prawo własności ziemi i jej owoców wynikło z gwałtu i przemocy. Tak jak pierwszy Jones był agresorem w stosunku do pierwszego Smitha, tak samo obecni chłopi doświadczają agresji ze strony współczesnego posiadacza pochodzącego od Jonesa tytułu do ziemi. W tym przypadku, który moglibyśmy nazwać „feudalizmem” lub „monopolem ziemskim”, roszczenia feudalnych i monopolistycznych właścicieli ziemskich do ziemi nie mają żadnego umocowania prawnego. Obecni „najemcy” lub chłopi powinni być absolutnymi właścicielami swojej własności i, tak jak w przypadku niewolnictwa, prawo do ziemi powinno zostać na nich przeniesione bez odszkodowania dla monopolistycznych właścicieli ziemskich. (1998, str. 66, 69)

Nawet Mises, niewątpliwie bardziej konwencjonalnie prawicowy niż Rothbard, powiedział w kwestii ziemi co następuje:

Nigdzie i nigdy wielkoskalowa własność ziemi nie powstała drogą ekonomicznych procesów na rynku. Jest ona rezultatem podboju militarnego i politycznego. Mając za podstawę przemoc, utrzymywana była ona wyłącznie dzięki przemocy. Jak tylko latyfundia wkraczają na rynek, zaczynają upadać, aż znikają całkowicie. Ani podczas ich tworzenia, ani w żadnym momencie ich istnienia nie działały siły rynkowe. Wielkie fortuny ziemskie nie powstały poprzez ekonomiczną wyższość wielkiej własności, ale dzięki przymusowej aneksji poza sferą rynkową. (1951, str. 375)

Jednak sympatie Reismana leżą niezmiennie po stronie feudalnych właścicieli ziemskich. Na przykład broni on ogradzania jako zwykłego przejawu „prawa ziemiaństwa do zwalniania niepotrzebnych pracowników” – rzeczowe twierdzenie porównywalne do tego z „1066 and All That”, według którego Papież i wszyscy jego biskupi odłączyli się od Kościoła Anglikańskiego. Wspólności były wspólną własnością mieszkańców wsi; ogradzanie pól było kradzieżą, jasne i proste. Jednak Reisman nie wstydzi się usprawiedliwiać owej kradzieży względami praktycznymi, gdyż konsolidacja ziemi umożliwiła powstanie naukowego rolnictwa. Okazuje się, że dla Reismana pogwałcenie praw własności jest zupełnie w porządku, jeśli tylko sprzyja to „postępowi”. Jeśli skradziona własność może zostać wykorzystana w bardziej produktywny sposób przez złodzieja, kradzież znajduje usprawiedliwienia werdyktem historii. Chętnie poznałbym poglądy Reismana w sprawie Kelo v. City of New London.
Nawet gdy Reisman przyznaje, że miało miejsce wywłaszczenie chłopów z ziem do nich należących, stwierdza on, wspaniałomyślnie, że „nie ma powodów, aby przypuszczać, że system gospodarczy, gdyby takie wywłaszczenia nie nastąpiły, znacząco by się różnił, jeśli chodzi o zakres pracy najemnej i samozatrudnienia”. Oczywiście, znowu przyjmuje implicite założenie, że praca najemna i oddzielenie siły roboczej od własności to jedyne sposoby na akumulację kapitału i zorganizowanie produkcji masowej – bowiem naród chłopów-posiadaczy i samozatrudnionych rzemieślników nie byłby w stanie dobrowolnie organizować wspólnej pracy, nie mając Johna Galta za nadzorcę.
Kończąc swój komentarz mojego opisu akumulacji pierwotnej, Reisman powtarza, że jest on „po prostu bezpodstawny”.

Jak się o tym przekonaliśmy, do oddzielenia siły roboczej i ziemi doprowadziły nie jakieś niegodziwości, które mogły zostać popełnione w związku z ogradzaniem czy czymkolwiek innym, ale wzrost produktywności w rolnictwie i kopalnictwie.

Nie; „już się przekonaliśmy” co najwyżej o tym, że Reisman bez przerwy powtarza swój zarzut o bezpodstawności, ignorujące ogromną liczbę przytoczonych przeze mnie i przeczących temu dowodów na to, jak państwo w rzeczywistości wywłaszczyło klasy pracujące, a następnie interweniowało poprzez takie formy kontroli społecznej jak Laws of Settlement i Combination Laws, żeby ograniczyć siłę przetargową pracowników na rynku pracy. Jego modus operandi jest następujący: streścić, możliwie kiepsko, ogólny zarys moich argumentów (jeśli nie zniekształcić je całkowicie), ignorując wszelkie dowody, po czym wysunąć powierzchowne, ogólnikowe kontrargumenty, poparte marnymi lub żadnymi dowodami. Kończy, powtarzając swoje bezpodstawne przekonanie, podlane, żeby nie było, retorycznym sosem, jako dowód („jak już się przekonaliśmy”). I, co jeszcze bardziej niesamowite, twierdzi on, że jego wersja wydarzeń „wynika z ekonomii” – z pewnością najwspanialszy wyczyn w dziedzinie dedukcji a priori, jaki kiedykolwiek widziałem.
Przecież nie ma najmniejszej różnicy dla obecnego „sposobu organizacji gospodarki kapitalistycznej” czy kapitał zgromadzony został przez klasy pracujące poprzez akumulację ich własnych zasobów, czy też zasoby te zgromadzili złodzieje, którzy następnie zatrudnili klasy pracujące do pracy na zgromadzonych środkach produkcji. No tak, bez różnicy, może tylko dla tych, którzy wykonują pracę.
Reisman dowodzi także, że tak naprawdę nie gra roli, czy klasy pracujące zostały ograbione w przeszłości ze swojej własności, gdyż nawet bez takiej grabieży własność ta i tak znalazłaby się w najbardziej efektywnych rękach. Choć sam Reisman nie przywołuje tutaj Coase`a, jego widmo niemniej jednak unosi się nad tym akapitem.
Jeśli chodzi o zagadnienie akumulacji pierwotnej, istnieje niesamowite podobieństwo między Reismanem i najbardziej wulgarnym z wulgarnych marksistów, Friedrichem Engelsem. Engels w „Anti-Dühring” twierdził, że proces akumulacji pierwotnej przebiegłby w dokładnie taki sam sposób bez jakiegokolwiek wywłaszczenia dokonanego przez państwo, wyłącznie w konsekwencji sukcesu i porażki na wolnym rynku. Zasadniczo, Engels odstawia na bok wszystkie prace Marksa o pierwotnej akumulacji, w których Marks opisywał masowe, „zapisane krwią i ogniem” wywłaszczenia warstwy chłopskiej. Engels w praktyce zatem przyjmuje „burżuazyjną bajeczkę” o akumulacji pierwotnej, ośmieszoną tak przez Marksa, jak i przez Oppenheimera, według której obecny rozkład własności odzwierciedla niekończące się pasmo zwycięstw odniesionych przez pracowitą mrówkę nad leniwym pasikonikiem. Sam Marks, trzeba zaznaczyć, był w defensywie, jeśli chodzi o logiczne implikacje jego wersji historii akumulacji pierwotnej. Dlaczego? Bowiem cała szkoła radykalnych liberałów klasycznych i rynkowych ricardiańskich socjalistów twierdziła, że to państwowy rabunek oraz narzucona przez państwo nierówna wymiana były przyczynami ekonomicznego wyzysku. Jak napisał Maurice Dobb w swoim wprowadzeniu do „Przyczynku do krytyki ekonomii politycznej” Marksa:

szkoła pisarzy, których ochrzczono mianem socjalistów ricardiańskich, (...) o których można by powiedzieć, że utrzymywali „prymitywną” teorię wyzysku, wyjaśniała zysk z kapitału jako rezultat większej siły przetargowej, braku konkurencji i „nierównej wymiany między Kapitałem i Pracą”. (...) Wyjaśnienia takiego Marks raczej unikał aniżeli poszukiwał. Według tego podejścia bowiem wyzysk nie był spójny z prawem wartości i konkurencją rynkową, ale miał wynikać on z niedoskonałości i odstępstw od tej właśnie konkurencji. Ricardiańscy socjaliści oferowali zatem łatwą odpowiedź liberalnym ekonomistom i zwolennikom wolnego handlu: „dołączcie do nas w domaganiu się prawdziwie wolnego handlu, a wtedy żadna 'nierówna wymiana' ani wyzysk nie będą mieć miejsca”. (Marks 1970, str. 13)

I jak stwierdziłem w mojej książce, właśnie tę „łatwą odpowiedź” przyjęli Thomas Hodgskin i indywidualistyczni anarchiści amerykańscy. Największy z tych ostatnich, Benjamin Tucker, któremu zarzucono bycie „zatwardziałym manczesterystą”, nosił tę plakietkę jak order honorowy. Engels stanął przed podobnym problemem w świetle „teorii przemocy” w wyzysku Eugena Dühringa. Zmuszony był porzucić Marksowską historię akumulacji pierwotnej, ponieważ uznał jej implikacje za politycznie i strategicznie nie do zaakceptowania. Podejrzewam, że Reisman powodowany jest podobnymi pobudkami.
Walter Block zawarł Oppenheimera i kilku innych lewicujących wolnorynkowych radykałów na swojej liście wybitnych libertariańskich osobistości, znajomość których na tak niewiele mi się zdała. Reisman z kolei zadowala się krótkim warknięciem na Oppenheimerowską teorię politycznego zawłaszczenia ziemi jako koniecznego warunku wyzysku ekonomicznego. Odrzucając go, odrzuca on oczywiście nie tylko Alberta Nocka, którego nawet w konwencjonalnym wolnorynkowym środowisku ogłoszono półbogiem; odrzuca on także Rothbarda. Krótko mówiąc, Reisman przyjmuje postawę dużo bardziej obronną niż Block w swojej obsesji obrony dystrybucji własności w obecnie istniejącym kapitalizmie. Reisman chętnie odciąłby się od większej części wolnorynkowej tradycji libertariańskiej, jako że zawsze odciąć można gangrenowatą kończynę, aby ocalić to, co postrzega on jako jej serce: obronę ostatniej i najlepszej z uciskanych mniejszości, Wielkiego Biznesu. Odcina się również od całej radykalnej spuścizny wczesnego klasycznego liberalizmu i jego kontynuatorów, takich jak Oppenheimer i Nock (którzy wywarli tak ogromny wpływ na samego Rothbarda), po to, aby wesprzeć bogatych i potężnych. Wypiera się zatem całej myśli Rothbarda, na którą (jak mówi w swojej recenzji Long) tak daleko idący wpływ miał indywidualistyczny anarchizm.
Reisman poświęca także sporą część swojej recenzji na propagowanie swojej własnej nowatorskiej idei: że płace są dedukcją od tego, co w przeciwnym razie byłoby zyskiem. Zgodnie z tym podejściem, przychód ze sprzedaży netto po odliczeniu wydatków stanowi dla rzemieślników zysk; pojawienie się systemu pracy najemnej oznaczało po raz pierwszy odjęcie płac od tego zysku. Oczywiście przychód netto po odliczeniu wydatków był powodem, dla którego rzemieślnik wkładał wysiłek: żeby uzyskać dochód, który pozwoli mu się utrzymać. I jeśli dochód ten nie byłby wystarczającym wynagrodzeniem za jego wysiłek, przestałby on pracować. Jak mówi sam Reisman, zysk, nie płace, są pierwotną i główną formą dochodu z pracy. Tak więc, co by nie mówić, nawet Reisman przyznaje, że pierwotną formą dochodu był dochód z pracy. Wynagrodzenie za pracę, poza zwrotem kosztów surowców i narzędzi, to właśnie to, co motywuje pracujących na własny rachunek pracowników do pracy; czy Reisman nazwie to „płacą” czy „zyskiem” jest tutaj bez znaczenia. Zostawiając na boku nowatorstwo, twierdzenie Reismana nie jest dla mnie niczym więcej, jak nic nie wnoszącym rozróżnieniem.
Reisman, tak samo jak Block, wykazuje właściwą dla wulgarnych libertarian tendencję do zapominania, czego tak naprawdę bronił minutę wcześniej: zwycięzców w obecnym systemie czy zasad wolnego rynku jako takich. Wielokrotnie twierdzi on, że rolnictwo i produkcja na niewielką skalę nie mogłyby być bardziej wydajne niż duże korporacje, ponieważ gdyby tak było, duże korporacje przegrywałyby konkurencję. Niestrudzenie przeskakuje z trybu oznajmującego do warunkowego, opisując jak wolny rynek działa albo działałby w zależności od tego, co korzystne dla obrony wielkiego biznesu:

W przypadkach, w których produkcja na dużą skalę lub własność na dużą skalę (...) rzeczywiście jest relatywnie niewydajna, wolny rynek działa, zastępując je bardziej wydajnymi firmami lub własnością na niewielką skalę.

Cóż, tak, wolny rynek zadziałałby w ten sposób. Czy mamy wolny rynek? Tak czy nie? Jeśli tak, to obecne rozmiary wielkiego biznesu są dowodem na jego większą efektywność. Jeśli nie, to oznacza to, że to, co realne niekoniecznie jest racjonalne.
Tak jak Block, Reisman sprzeciwia się mojemu podejściu do nadakumulacji i podkonsumpcji w kapitalizmie państwowym dwudziestego wieku i wynikających z tego tendencji imperialistycznych. Jak Block, zdaje się on nie do końca zdawać sprawę, czego tak właściwie broni, w jednym miejscu przyznając, że kapitalizm państwowy w pewnym stopniu istnieje – następnie zaprzeczając, w oparciu o zasady funkcjonowania wolnego rynku, jakoby mogły istnieć tendencje do nadakumulacji i podkonsumpcji. I znowu (jak Blocka) chciałbym odesłać go do przełomowego artykułu Stromberga „The Role of State Monopoly Capitalism in the American Empire” (patrz poprzedni cytat), przedstawiającego podejście szkoły austriackiej do tych zjawisk. Jak już wspomniałem, Reisman zmuszony jest odciąć się od najlepszej części swojej własnej tradycji, gdyż mogłaby ona zagrozić jego dążeniu do prześcignięciu Misesa w obronie wielkich korporacji. Zmuszony jest też odrzucić całą dokonaną przez Nową Lewicę analizę kapitalizmu państwowego – Weinsteina, Kolko, Williamsa itd. – z której Rothbard zrobił tak produktywny użytek, ponieważ osłabia ona jego pozycję strategiczną.
Na koniec, z wielką chęcią gotów jestem uznać trafność jednego elementu krytyki Reismana: moja analiza Böhm-Bawerka oparta była o tłumaczenie Smarta pierwszego niemieckiego wydania, nie zaś trzeciego. Jeśli opublikuję nowe wydanie książki, skoryguję ten defekt.

Riposta do Rodericka Longa
Najpierw wyjaśnienie: jako że w mojej książce użyłem frazy „wspólne dziedzictwo”, aby scharakteryzować zarówno poglądy georgistów, jak i Ingallsa-Tuckera, odkryłem, że niektórzy georgiści rozumieją „wspólne” jako „należące do wielu”, a nie jako „kolektywne”: że każdy człowiek ma, z tytułu urodzenia, równe i niezależne prawo dostępu do ziemi. A ponieważ korzystnie położone grunty nie są dobrem reprodukowalnym, „prawo równej wolności” implikuje konieczność wypłaty odszkodowania tym, którzy zostali wykluczeni. Społeczność nie jest kolektywnym posiadaczem, ale raczej pośrednikiem wszystkich ludzi, gwarantującym swoim członkom prawo dostępu do wspólności.
Tucker, podobnie, wyprowadził prawo dostępu dedukcyjnie, poprzez zasadę „równej wolności”, od samoposiadania.
W takim razie, technicznie rzecz ujmując, mutualiści i georgiści nie wynoszą wspólnego dziedzictwa ludzkości do rangi odrębnej i niezależnej od samoposiadania zasady. Jednak wynika ono z niego tak bezpośrednio, że zbliża się do statusu niezależnego aksjomatu.
Long rzuca wyzwanie zasadzie wspólnego dziedzictwa, jako że ludzkość nigdy nie nabyła prawomocnego tytułu do ziemi za pomocą kolektywnego zmieszania pracy. (Wydaje mi się, że argument ten można by równie dobrze odnieść do wielu praw równego dostępu, które opisaliśmy powyżej). Jakkolwiek oryginalny nie byłby to argument, muszę oponować, że kolektywne (lub „wspólne”) prawo ludzkości do ziemi jako dziedzictwa oraz indywidualne prawo własności ustanowione przez pracę, to dwa zupełnie odrębne zbiory zasad dla zupełnie innych klas „własności”. Long myli jabłka z pomarańczami. Zasady indywidualnego zawłaszczenia poprzez pracę istnieją w świetle szerszych i bardziej fundamentalnych zasad wspólnego dostępu do ziemi i są sposobem na wprowadzenie w życie tego powszechnego prawa zgodnie z zasadą równej wolności.
Choć Long antycypuje powyższy argument, jakoby powszechne prawo dostępu oraz indywidualne prawa własności ustanowione poprzez pracę stanowiły dwie odrębne klasy praw, dowodzi, że to pierwsze stanowi pogwałcenie prawa samoposiadania. Każdy człowiek, łącząc swoją pracę z zasobami naturalnymi, czyni je niezbywalnym dopełnieniem swojej osoby w takim samym znaczeniu, w jakim jest nim jego ciało.
Jakkolwiek oryginalna (ponownie) mogłaby się wydać ta teoria, nie wydaje mi się, aby była ona w stanie oprzeć się głębszej analizie w stopniu większym niż pierwszy argument Longa. Jak zaznaczył Nozick, teoria praw własności obejmuje nie tylko zasady pierwotnego nabycia, ale także zasady przeniesienia i porzucenia. Jak twierdził Bill Orton (cytowany w piątym rozdziale mojej książki), wszelkie teorie praw własności, włączając w to Locke’a, posiadają klauzule bezprawnego posiadania i konstruktywnego porzucenia własności. Różnią się one tylko stopniem aniżeli jakością: stopniem „lepkości”, jak określa to Orton. Istnieje spora doza konwencjonalizmu w systemie praw własności – u georgistów, mutualistów, a także w lockeanizmie z klauzulą i bez niej – jeśli chodzi o zdefiniowanie przekazania i porzucenia. I zmieszanie pracy z ziemią również zawiera element konwencji, nawet jeśli chodzi o ustalenie, jaka część ziemi została zawłaszczona, czego rezultatem jest niepewność co do granicy między tym co własne, a tym co cudze, a więc nie stanowiącym części „ciała”. Te rozważania, jeśli potraktować je razem, zdawałyby się wskazywać na to, że zawłaszczenie ziemi nie tworzy tak bliskiego i niezbywalnego związku z „ja”, jak własność nad swoim ciałem.
W odpowiedzi na końcowy kontrargument Longa, odnośnie do rozmiaru wspólnego dziedzictwa (np. hipotetycznego roszczenia obcych z innej galaktyki do całego kosmosu jako wspólnego dziedzictwa wszelkich inteligentnych form życia), mogę jedynie odpowiedzieć, że wchodziłoby ono w rachubę jedynie w takich samych okolicznościach, jak klauzula Locke’a: tj. gdy więcej niż jedna istota pragnie tego samego kawałka ziemi, a posiadanie go przez jedną wyklucza konkurencyjne roszczenia dostępu ze strony pozostałych. Monopol ziemski będzie punktem spornym, dopóki lokalny popyt na ziemię nie przekroczy jej podaży.
Oczywiście, Tuckerowskie rozumienie prawa równej wolności zignorowało wszystkie te rozważania i zostało oparte na czysto stirnerowskich podstawach: w bezpaństwowym społeczeństwie niewidzialny mechanizm w końcu doprowadziłby do wspólnego uznania prawa równego dostępu jako sposobu na minimalizację konfliktu. Również Per Bylund ma kilka świeżych, interesujących uwag na ten temat. Przykładowo, w swojej pracy magisterskiej przedstawia on nowatorskie podejście do podstaw zasady samoposiadania (Bylund 2005a). W innym zaś dziele, usiłuje rozstrzygnąć konflikt pomiędzy Lockeańskimi i posesoryjnymi teoriami własności (2005b).
Bardzo ciepło witam stanowisko Longa na kolektywne zawłaszczenie i na wspólności jako formie wspólnej własności prywatnej. Sprawdziłoby się ono w uleczeniu atomistycznych ekscesów niektórych wulgarnych libertarian, którzy zaprzeczają możliwości istnienia praw kolektywnych i którzy faktycznie użyli takich argumentów, żeby unieważnić prawa plemion do terenów łowieckich, praw mieszkańców wsi do wspólności (patrz np. recenzja Reismana) itd. Oczywiście, również tutaj konieczny jest zespół konwencjonalnych reguł, określających, ile wspólnej pracy jest potrzebne do zawłaszczenia jakiej ilości ziemi i surowców.
Fakt, że Long wziął pod uwagę możliwość kolektywnego zawłaszczenia może także zaowocować bardziej pokojowymi możliwościami niż on sam przewidywał, co sprawi, że znaczna część naszego sporu nie będzie szczególnie kontrowersyjna. Co najbardziej prawdopodobne, jedynym kryterium, według którego można określić czy wspólna własność występuje w danej społeczności i jej zasięg, są lokalne konwencje dotyczące prawa własności, niezależnie od tego, czy pisane, czy nie, które wytworzyły się na przestrzeni czasu. W związku z tym, to czy dana społeczność posiada wspólne prawa zgodnie z georgistowskimi, mutualistycznymi czy lockeańskimi zasadami, zależy głównie od tego, jakie zasady wyznaje większość danej społeczności. W rezultacie mamy do czynienia z panarchią, w której konkurujące ze sobą lokalne systemy własności istnieją obok siebie – miejmy nadzieję, że pokojowo.
W praktyce, narzucenie mutualistycznego, georgistowskiego czy Lockeańskiego standardu własności dysydentom w społeczności, w której dominują inne przekonania, byłoby nieprzyzwoicie kosztowne. W związku z tym, anarchokapitalistyczne agencje ochrony musiałyby mieć klauzulę wyłączającą z zasady możliwość dochodzenia przez nieużytkującego właściciela swoich praw w społeczności tuckerystów, a mutualiści powstrzymaliby się od ataku na sąsiadującą z nimi społeczność rothbardiańską, aby obronić dzierżawcę przed właścicielem i tak dalej. Z kolei na rzadko zaludnionych terenach, w praktyce, obowiązywałaby de facto własność posesoryjna, gdyż w większości przypadków wolnorynkowy koszt zatrudnienia agencji ochrony do obrony praw nieobecnego właściciela przeciwko squattersom prawdopodobnie przewyższałby wartość nieruchomości. I w końcu, przy braku państwa zapanowałaby pokojowa panarchia, gdyż wojna najzwyczajniej w świecie by się nie opłacała.


BIBLIOGRAFIA

Block W., i Llewellyn H. R., Jr. 1988. Professor Rothbard and the Theory of Interest [w:] Man, Economy and Liberty: Essays in Honor of Murray N. Rothbard, red. Walter Block i Llewellyn H. Rockwell, Jr., Auburn, Ala.: Auburn University Press.
Buchanan J. 1999. Cost and Choice: An Inquiry in Economic Theory. [w:] Vol. 6 Collected Works. Indianapolis: Liberty Fund.
Bylund P. 2005a. Man and Matter: A Philosophical Inquiry into the Justification of Ownership in Land from the Basis of Self-Ownership (Lunds Universitet, 2005). http://www.perbylund.com/academics_polsci_msc.pdf.
Bylund P. 2005b. Private Property or Possession: A Synthesis, 7 września 2005, http://www.anarchism.net/anarchism_privatepropertyorpossessionasynthesis.htm.
Gimpel J. 1977. The Medieval Machine: The Industrial Revolution of the Middle Ages. Nowy Jork: Penguin.
Marglin, S. A. 1974. What Do Bosses Do? The Origins and Functions of Hierarchy in Capitalist Production—Part I. „Review of Radical Political Economics” 6:2, lato. Dostępne na http://post.economics.harvard.
edu/faculty/marglin/papers/What_Do_Bosses_Do.pdf
Marx, K. 1970. Contribution to the Critique of Political Economy, Nowy Jork: International Publishers.
Marx, K., i Engels F. 1884. Wprowadzenie do pierwszego niemieckiego wydania The Poverty of Philosophy [w:]Collected Works, t. 26, 1990. Nowy Jork: International Publishers, s. 286–87.
Mises, L von. 1951. Socialism, Nowy Jork: Yale University Press.
Perelman, M. 1977. Farming for Profit in a Hungry World: The Myth of Agricultural Efficiency [w:] The Political Economy of Food and Energy, Ann Arbor: University of Michigan, 1977.
Reisman, G. 1998. The Scholastics Contributed Nothing to Sound Economics [w:] Capitalism: A Treatise on Economics, Ottawa Ill.: Jameson Books.
Rothbard, M. N. 1998. The Ethics of Liberty, Nowy Jork: New York University Press.
Rothbard, M. N.. 1997. The Logic of Action I: Method, Money, and the Austrian School , Cheltenham, U.K.: Edward Elgar.
Rothbard, M. N.. 1995. Economic Thought Before Adam Smith: An Austrian Perspective on the History of Economic Thought, t. I. Cheltenham U.K.: Edward Elgar.
Rothbard, M. N.. 1993. Man, Economy, and State: A Treatise on Economic Principles , Auburn, Ala.: Ludwig von Mises Institute.
Rothbard, M. N.. [1970] 1977. Power and Market: Government and the Economy, Kansas City: Sheed Andrews i McMeel, s. 59.
Sale, K. 1995. Rebels Against the Future, Reading, Mass.: Addison-Wesley.
Sale, K. 1980. Human Scale, Nowy Jork: Coward, McCann i Geoghegan.
Sciabarra, C. 2005. Capitalism: The Known Reality, 4 luty, dostępne na http://www.nyu.edu/projects/sciabarra/notablog/archives/000288.html.
Shea, R. i Wilson R. A. 1975. Illuminatus, Trilogy, Nowy Jork: Dell.
Stein, B. 1974. Size, Efficiency, and Community Enterprise, Cambridge, Mass.: Center for Community Economic Development.
Stromberg, J.. 2001. „Journal of Libertarian Studies” 15, nr 3, lato, s. 57–93, dostępny na http://www.mises.org/journals/jls/15_3/15_3_3.pdf.
Tuccille, J.. 1970. Bits and Pieces, „Libertarian Forum”, 1 listopad 1: 3.
Wakefield, E.G. [1849] 1969. A View of the Art of Colonization, Przedruki klasyków ekonomii, Nowy Jork: Augustus M. Kelley.
Wakefield, E.G.. 1834. England and America, Nowy Jork: Harper and Brothers.
Williamson, Oliver. 1985. The Economic Institutions of Capitalism: Firms, Markets, Relational Contracting, Nowy Jork: New York Free Press; Londyn: Collier Macmillan, 1985).

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polub blogaska