wtorek, 23 kwietnia 2013

Kevin Carson "Repliki" cz. 1

Replika” do Murraya Rothbarda
Nie jest to replika w dosłownym tego słowa znaczeniu – z tego oczywistego powodu, że artykuł Rothbarda poprzedził ukazanie się mojej książki. Mimo to, a również z tego powodu, że nadaje on ton temu wydaniu „Journal of Libertarian Studies” i zawiera pewne spostrzeżenia co do indywidualistycznego anarchizmu w ogóle, poczynię parę uwag na jego temat.

Nie jest tu miejsce na omówienia kwestii ziemi – tematem tym zajmę się później, w części skierowanej do Rodericka Longa. Chciałbym jedynie zauważyć, że określenie doktryny Ingallsa-Tuckera jako ograniczenia prawa właściciela ziemskiego do wyzbycia się „uczciwie nabytych praw własności” samo przez się nasuwa pytanie, czym owo uczciwe nabycie praw własności jest.

Jeśli chodzi o zagadnienie pieniądza i bankowości, muszę wytknąć Rothbardowi błąd – zinterpretował on bowiem system mutualistycznej bankowości Greene’a-Tuckera jako próbę inflacyjnego poszerzenia zasobów pieniężnych. Co prawda doktryna Greene’a-Tuckera jest często wrzucana do jednego worka (w szerszej kategorii „maniaków pieniądza”) ze zwolennikami kredytu społecznego, bimetalistami, itd., jednak w rzeczywistości znacznie się od nich różni. Greene i Tucker nie proponowali wywołania inflacji zasobów pieniężnych, a ich celem była eliminacja monopolistycznej ceny kredytu, której istnienie umożliwiają ustanawiane przez państwo ograniczenia wejścia: licencjonowanie banków czy wysokie wymagania kapitałowe dla instytucji zajmujących się udzielaniem wyłącznie zabezpieczonych pożyczek. Większość libertarian zaznajomiona jest z analogiczną krytyką przyznawania licencji zawodowych jako swego rodzaju gwarancją monopolistycznego przychodu dla dostawców usług medycznych, prawnych i innych. Koncesjonowanie i wymagania kapitałowe tak samo pozwalają sprzedawcom kredytu na sprzedawanie swoich usług po cenach monopolistycznych.

W rzeczywistości, nawet sam Rothbard, wychodząc z tych samych przesłanek, przeprowadził analizę branży ubezpieczeń na życie, w której państwowy wymóg rezerwy służył za barierę wejścia na rynek, podnosząc koszt ubezpieczenia znacznie powyżej poziomów niezbędnych ze względów czysto aktuarialnych (Rothbard 1977, str. 59).

Nie można także w żadnym razie uznać, że pierwotna stopa procentowa Böhm-Bawerka była definitywną odpowiedzią Greene’owi i Tuckerowi. Pomijając premię monopolistyczną, stanowiącą konsekwencję państwowego prawa bankowego i znacznie przekraczającą pierwotną stopę procentową, Böhm-Bawerk sam przyznał, że stopa preferencji czasowej może zmieniać się w zależności od bezpieczeństwa gospodarczego i niezależności. Ponieważ, jak twierdzili anarchiści indywidualistyczni, prawa państwowe sztucznie ograniczają dostępność kapitału dla klasy pracującej i zwiększają jej zależność od posiadaczy kapitału, stopa preferencji czasowej pracowników jest sztucznie zawyżona.

Replika do Boba Murphy’ego
Moja ulubiona część recenzji Murphy’ego to powtarzane raz za razem stwierdzenie, że „Carson to nie wariat”. Być może wykorzystam je jako hasło na okładkę w kolejnym wydaniu mojej książki. Niedawno pisarz science-fiction, Ken MacLeod, który ostatnio nabył egzemplarz mojej książki, wspomniał na swoim blogu, że nowy zbiór artykułów z „Reason” to jedyna libertariańska pozycja na jego półkach, z której okładki nie „krzyczy wariat”. Dlatego też z podwójną przyjemnością przyjąłem zapewnienie Murphy'ego.

Kością niezgody między nami jest znaczenie „wyjątków” w kosztowej teorii wartości. Nasz spór, jak mi się wydaje, jest w znacznym stopniu semantyczny i dotyczy tego, czy mamy do czynienia z „wyjątkami”, czy po prostu z drugorzędnymi odchyleniami od pierwotnego prawa; oraz przypisywanej im wagi (niezależnie, czy będą to „wyjątki”, czy „odchylenia”), będącej głównie kwestią subiektywnej emfazy. W przeciwieństwie do Murphy’ego, wolę postrzegać „wyjątki” jako rzadkie odchylenia drugiego rzędu. Tak czy inaczej, nie wpływa to na prawdziwość podstawowego wkładu klasycznej ekonomii politycznej, tj. że cena zawsze zmierza do naturalnej wartości określanej przez koszt, z drugorzędnymi fluktuacjami spowodowanymi rentą ekonomiczną. I analogia Marshalla o falach na stawie czy kołyszącej się wadze wciąż jest adekwatna w opisie zjawisk zachodzących w rzeczywistym świecie. Czynnik kosztu i renta ekonomiczna znajdują się na różnych poziomach istotności, będąc (odpowiednio) fundamentalną tendencją oraz wtórnym zakłóceniem owej tendencji.
Murphy pisze:

Kosztowa teoria wartości (wymiany) całkowicie pomija rolę subiektywnej wyceny w kształtowaniu się cen rynkowych. Ludzie są istotami patrzącymi w przyszłość, stąd minione wydatki i wysiłek nie mają związku z obecnym określeniem względnej wartości dwóch różnych dóbr. Nawet gdyby pamięć o wszystkich poprzednich wydatkach nagle zniknęła, ceny rynkowe wciąż by się kształtowały.

Całkowicie pomija!?? Jestem oszołomiony. Specjalnie poświęciłem część rozdziału pierwszego zagadnieniu utopionych kosztów i działaniu prawa wartości w nakierowanym na przyszłość działaniu. Nawet Friedrich Engels przyznał (w swojej Przedmowie do napisanej przez Marksa krytyki Proudhona w dziele pt. „Nędza filozofii), że cena rynkowa już wyprodukowanych dóbr informuje producenta, ex post facto, o ilości społecznie potrzebnej pracy weń włożonej, a tym samym wpływa na jego przyszłą decyzję odnośnie tego, ile produkować.

W dzisiejszym, kapitalistycznym społeczeństwie każdy kapitalista z osobna produkuje na własną rękę co, jak i ile mu się spodoba. Społeczne zapotrzebowanie jednak pozostaje dla niego wielkością nieznaną, zarówno pod względem jakości, rodzaju pożądanych przedmiotów, jak i odnośnie ich ilości. (...) Niemniej jednak, popyt zostanie w końcu zaspokojony w taki czy inny, dobry lub zły sposób i, ogólnie rzecz biorąc, produkcja jest ostatecznie nastawiona na dobra, na które istnieje zapotrzebowanie. Jak dochodzi do tego wyrównania się pomimo sprzeczności? Poprzez konkurencję. Jednak w jaki sposób konkurencja skutkuje takim rozwiązaniem? Poprzez zwykłą dewaluację poniżej wartości pracy włożonej w wykonanie tych dóbr, które pod względem gatunku lub ilości są bezużyteczne dla bieżących potrzeb społecznych, oraz poprzez wywołanie w producentach poczucia, że (...) wytworzyli oni produkty albo całkiem bezużyteczne, albo też pozornie użyteczne, jednak w niepotrzebnie nadmiernej ilości.
[B]ezustanne odbieganie cen dóbr od ich wartości to warunek konieczny i niezbędny do powstania wartości dóbr jako takich. Jedynie poprzez fluktuacje konkurencji, a w konsekwencji także cen dóbr, prawo wartości produkcji dobra nabiera mocy, a określenie wartości dobra na podstawie społecznie potrzebnego czasu pracy może stać się rzeczywistością. (Marks i Engels 1884, str. 286-87)

To właśnie przez tego typu subiektywne oceny, w odpowiedzi na sygnały ceny rynkowej, cena zbliża się do kosztu. Oczywiście, ceny rynkowe uformowałyby się również w scenariuszu Murphy’ego, przy założeniu o zbiorowej amnezji; jednak pod warunkiem, że zdobywanie nowej wiedzy z doświadczenia nie napotka ograniczeń zewnętrznych, cena dóbr reprodukowalnych ponownie zaczęłyby ciążyć w kierunku kosztów produkcji w miarę, jak producenci odpowiadają na napływające sygnały cenowe.

Murphy pisze, że teoria kosztu znajduje zastosowanie jedynie w przypadku dóbr reprodukowalnych i może wyjaśnić wyłącznie „naturalną (długoterminową) cenę produktu”. Klasyczni ekonomiści polityczni doszli do tych samych wniosków. Ricarda teoria kosztu, która obejmuje także zagadnienie rzadkości, może wytłumaczyć „codzienne fluktuacje ceny rynkowej”. Teorie kosztu przyznają jedynie, że koszt jest naturalną wartością równowagową, do której cena zawsze będzie zmierzała, pomimo ciągłych zakłóceń spowodowanych siłami popytu i podaży. I to właśnie te zakłócenia stanowią mechanizm, dzięki któremu cena zbliża się do kosztu.

Murphy oskarża mnie także o bezpodstawny i nieuzasadniony atak na Böhm-Bawerka, gdy skrytykowałem sposób, w jaki potraktował on wyjątki rzadkości. Böhm-Bawerk explicite potwierdził, że Ricardo przyznał, iż istnieją wyjątki od rzadkości, pisze Murphy, i dlatego nie można posądzić go o niezrozumienie Ricarda. Jednak moim zdaniem błąd Böhm-Bawerka tkwił głównie w jego spojrzeniu na znaczenie tych odchyleń rzadkości dla ogólnej wartości myśli Ricardo. We fragmencie cytowanym przez Murphy’ego, Böhm-Bawerk pisze:

Sam Ricardo tylko nieznacznie przekroczył właściwą granicę. Jak wykazałem, wiedział on bardzo dobrze, że jego prawo wartości jest wyłącznie prawem partykularnym; wiedział na przykład, że wartość dóbr rzadkich kształtuje się na zupełnie innej podstawie. Mylił się on jedynie, znacznie przeceniając stopień, w jakim jego prawo się sprawdza i przypisując mu praktycznie całkowitą uniwersalność. W konsekwencji, na kolejnych etapach, niemal kompletnie zapomniał on o drobnych wyjątkach, które słusznie uwzględnił, lecz potraktował je zbyt zachowawczo na początku swojej pracy.

Sam poddałem Ricarda krytyce (w pierwszym rozdziale książki) za to, że w niedostatecznym stopniu uwzględnił zakres odchyleń rzadkości od zasady kosztu; jak Marshall później zauważył, większość cen w jakimkolwiek danym momencie znacznie odbiega od ich kosztu czy też wartości równowagowej. Znaczenie kosztu polega na tym, że jest to normalna wartość, do której ceny dążą, co bardzo adekwatnie zilustrował Marshall na podstawie kołyszącej się wagi umocowanej na końcu sznurka. Jednak równie zasadne będzie zarzucenie Ricardo tego, iż poszedł zbyt daleko w przeciwnym kierunku, tzn. że uznawał rzadkość jako drugi, obok kosztu, wyznacznik wartości (jak „krótkookresowe” ostrze nożyczek Marshalla). Choć Ricardo niedostatecznie doceniał zakres odchyleń rzadkości, awansując tym samym rzadkość do statusu niezależnej siły na równi z kosztem, przecenił on ich znaczenie. Mimo że rzeczywiste ceny niemal zawsze odbiegają od ich „normalnej” wartości, z powodu rzadkości, odchylenia są całkowicie wtórne w stosunku do pierwotnego prawa kosztu.

Murphy krytykuje wykorzystanie przeze mnie grawitacji i balistyki w charakterze metafor ilustrujących rzadkość jako przyczynę wtórnych odchyleń od pierwotnego prawa kosztu. Jednak w tym znaczeniu, w jakim ich użyłem – tj. że naturalnym zachowaniem przedmiotu poddanego działaniu grawitacji jest spadanie w kierunku centrum kuli ziemskiej, pod warunkiem braku przeszkód w postaci sił drugorzędnych – wciąż uważam to za analogię całkiem na miejscu. W rzeczywistości, moim zamiarem, używając grawitacji jako metafory, było tak naprawdę to, co Murphy mi zasugerował: „Grawitacja sprawia, że wszystko spada”, prawo, które jest „ogólnie prawdziwe, chyba że jest wystawione na działanie sił zakłócających”. W rzeczy samej, „siły zakłócające” to genialna fraza służąca opisaniu relatywnego znaczenia odchyleń rzadkości wobec bardziej ogólnej tendencji kosztu – żałuję, że sam o tym nie pomyślałem. A chciałem wyrazić, prawdopodobnie niezbyt jasno, coś na kształt metafory Marshalla, w której obciążnik na sznurku zawsze będzie powracał do środka na przekór zakłóceniom.

Tak czy inaczej, pozostaje zagadnienie, które jest w znacznej mierze kwestią subiektywnej oceny. Jeśli teoria wartości wymiennej mówi, że „ogólna tendencja zmierza w kierunku wartości x, z wtórnymi odchyleniami spowodowanymi przez y”, to czy fair jest traktowanie y jako „wyjątku” w stosunku do tego stwierdzenia? Wierzę, że dotarliśmy do momentu, w którym musimy jasno stwierdzić, że nie ma między nami zgody w tej materii; nie ma możliwości odwołania się do obiektywnych faktów, które umożliwiłyby jej rozstrzygnięcie. Moim zdaniem powinniśmy odrzucić „teoretyczne uogólnienie”, jeśli ono w ogóle istnieje, gdy chcemy adekwatnie opisać świat realny i uwzględnić jego złożoność. Jednakże, na korzyść mojego podejścia przemawiają pewne względy praktyczne. O tym niżej.

Sam Murphy stwierdza, że „długookresowa tendencja ceny dóbr reprodukowalnych, w wyniku której zrównuje się ona z nakładami pieniężnymi, (...) niezbędna dla ich dalszej produkcji, jest całkowicie kompatybilna z wyjaśnieniem przedstawionym przez użyteczność krańcową”. A, jak sam mogę dodać, subiektywistyczne wyjaśnienie zachowania jednostki na rynku w duchu użyteczności krańcowej jest całkowicie kompatybilne z ramami klasycznej ekonomii politycznej. W rzeczy samej, wyjaśnienie to było uwzględnione (implicite) w klasycznej ekonomii politycznej jako mechanizm funkcjonowania prawa wartości poprzez siły popytu i podaży. Zaletą subiektywistycznego/marginalistycznego paradygmatu jest bezpośrednie wyartykułowanie tego mechanizmu (explicite). Opracowawszy jasny subiektywny mechanizm określania krótkookresowych cen, tj. w momencie sprzedaży, marginaliści dokonali ogromnego postępu. Jednak ich niepodważalne zasługi dobrze byłoby włączyć w ogólniejszą syntezę klasycznego paradygmatu, niż przedstawiać go jako opozycję do niego.

Murphy stoi murem za dążeniem subiektywistów do większego uogólnienia i elegancji. Jak napisałem w pierwszym rozdziale, cytując „Cost and Choice” (1999, str. 9) Buchanana, subiektywiści wzięli paradygmat klasycznych ekonomistów politycznych dotyczący rzadkich dóbr (jak dzieła sztuki, zabytki, czy pokarm w oblężonym mieście) i uczynili zeń paradygmat dla analizy każdej wartości wymiennej, traktując wielkości jako stałe w momencie sprzedaży. Jest to, w rzeczy samej, przykład większej formalnej spójności. A Böhm-Bawerkowskie krańcowe pary to wspaniały sposób na zrozumienie ustalania się cen bieżących. Pytanie jest jednak następujące: czy rzekoma „większa ogólność” osiągana dzięki zastosowaniu zasad dotyczących dóbr rzadkich do wszystkich dóbr przeważa nad brakiem klarowności w kwestii wielu centralnych problemów klasycznej ekonomii politycznej?

Spostrzeżenie klasyków, iż cena zbliża się do kosztu, chyba że mamy do czynienia z drugorzędnymi czynnikami, ma daleko idącą wartość poznawczą. Gdy zestawimy je z obserwacjami radykalnych uczniów Ricarda na rolę „sztucznych praw własności” i innych stworzonych przez państwo niedoborów, powodujących odchylenia od zasady kosztu, konkluzje są rewolucyjne. I, jak przynajmniej zwykle się tłumaczy, znaczna część dorobku wczesnych marginalistów/subiektywistów w politycznym kontekście ich czasów sprawia wrażenia celowo zaprojektowanego tak, aby przysłonić zasługi późnych Ricardian. Odrzucenie ich na rzecz wyłącznie większej formalnej elegancji byłoby moim zdaniem ogromnym błędem.

W końcu, jako sprawę mniejszej wagi, Murphy zwraca uwagę, że stosuję termin „cena równowagi” w znaczeniu, które wyszło z obiegu; wykorzystuję je, jak twierdzi, w rozumieniu, które bliższe jest temu, co Mises nazywał ceną ostateczną. Przyznaję, że w mojej książce używam terminu „cena równowagi” w archaicznym, dziewiętnastowiecznym rozumieniu na oznaczenie naturalnej wartości, do której dąży cena. Ale jestem pewien, że explicite wymieniłem „cenę ostateczną” Misesa jako wyrażenie analogiczne do mojego, w odpowiedzi na austriackie obiekcje, jakoby „długi okres” nie istniał.

Odchodząc od głównego punktu naszego sporu, Murphy porusza inne zagadnienia. W rozdziale drugim dowodzę, że praca stanowi wyjątkowy czynnik produkcji, gdyż niesie za sobą dodatnią i absolutną nieużyteczność. „Wstrzymanie się”, „poświęcenie”, „oczekiwanie”, czy „koszt alternatywny”, kojarzone przez inne szkoły z ziemią i kapitałem, są zależne w znacznej mierze od sytuacji i mogą wyniknąć z legalistycznej pozycji, z której można zaniechać prób utrudnienia dostępu. Przytaczam przykład Maurice`a Dobba odnośnie państwowych grantów, oferujących możliwość blokowania dróg i ustanowienia prywatnych opłat za ich użytkowanie, czego rezultatem jest rzekoma „produktywność” tego „czynnika”, kiedy poborca opłat zezwala na darmowy przejazd. Rozwijam ten punkt, twierdząc, że na tych samych zasadach właściciel niewolników „dostarcza” „czynnik” produkcji, najmując siłę roboczą swoich niewolników. Murphy odpowiada:

Tak, Panie Carson, dokładnie w taki sam sposób wyjaśniłbym wycenianie niewolników. (...) Subiektywna teoria wartości może wyjaśnić ceny nawet w warunkach nie przystających do naszego poczucia sprawiedliwości. Mogę także przeanalizować, powiedzmy, cło na samochodach, choć sam uważam cła za niemoralne i niewydajne.

Zgoda. Nie mam nic przeciwko teoretycznym mechanizmom wyjaśniającym wycenę niewolników, przejazdu przez prywatne bramki, dóbr objętych cłem czy czegokolwiek innego. Jednak w żaden sposób nie zmienia to faktu, że wycena taka jest wynikiem sztucznego niedoboru spowodowanego przez nadany przez państwo przywilej; oraz, że „wstrzymanie się”, „poświęcenie” czy „koszt alternatywny” w tym przypadku nie przenoszą żadnej moralnej wartości zwykle przypisywanej tym terminom („wstrzemięźliwy kapitalista”) w popularnej kapitalistycznej apologetyce. Chodziło mi o to, że takie „koszty alternatywne” były nierozerwalnie związane ze sztucznie uprzywilejowaną kontrolą nad dostępem, a więc różnią się znacznie od rzeczywistego poświęcenia związanego z nieużytecznością pracy. Co więcej, moim zamiarem było udowodnienie (i w mojej opinii, podołałem temu zadaniu), że takie sztuczne niedobory „czynników produkcji”, będące wynikiem przywilejów prawnych, są najistotniejszym źródłem długookresowych odchyleń od wartości pracy. 
 
Murphy porusza także pewną kwestię, która, przyznaję, z początku sprawiła mi niemałe trudności. Broniąc rzeczywistej (i nierelatywnej) nieużyteczności związanej z kosztem alternatywnym, Murphy podaje przykłady właściciela pewnego obszaru dziewiczego lasu, który to właściciel czuje się bardzo niekomfortowo na myśl o tym, że część drzew miałaby zostać wycięta, oraz wdowy, która jest „zmuszona zastawić swoją obrączkę ślubną, aby uniknąć śmierci głodowej”. Jednak po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że przykłady te nie dotyczą cen czynników produkcji w gospodarce kapitalistycznej. Podczas gdy subiektywny ból może być rzeczywisty, subiektywne znaczenie takich wyjątkowych i niereprodukowalnych dóbr niewiele ma wspólnego z cenami rynkowymi nakładów, które generalnie traktowane są, przynajmniej na większą skalę, jako stałe i jednorodne. Obrączka wdowy nie może w żadnym wypadku być traktowana jako czynnik produkcji, poza przypadkiem, w którym pieniądze pochodzące z jej sprzedaży zainwestowano by w produkcję (a nie w jedzenie, jak w przykładzie Murphy’ego). I choć sentymentalna wartość drzew może wpłynąć na „koszt alternatywny” sprzedaży ziemi dla Pana Murphy’ego, cena, za którą zdoła on znaleźć chętnego nabywcę, będzie zależała od tego, ile tak naprawdę ziemia jest warta, co sprowadza nas ponownie do pytania o rolę państwowego „sztucznego prawa własności” w określeniu ceny wolnych gruntów. Koszt alternatywny, który zazwyczaj wyznacza koszt czynników produkcji w szerszej gospodarce kapitalistycznej, odzwierciedla standardowy przychód przy różnych sposobach wykorzystania czynnika w istniejących ramach prawnych i instytucjonalnych. Podczas gdy wartość sentymentalna lasu bądź pierścionka może mieć znaczny wpływ na cenę, za którą Pan Murphy lub wdowa są gotowi je sprzedać, ma ona niewiele wspólnego z dominującą rynkową ceną czynników produkcji dla kupującego, który nie jest zainteresowany takimi wyjątkowymi właściwościami.

W tym wypadku fakt, że ziemia jest (jak Murphy podkreśla) dziewiczym lasem, oznacza, że nie została ona zmieniona nakładem pracy właściciela lub kogokolwiek innego w przeszłości; i stąd też prawo własności w tym konkretnym przypadku nie spełnia nawet Locke`owskich standardów, jakim hołdował Rothbard i sprowadza się de facto do, jak zgrabnie określił to Jerry Tuccile, „anarchistycznej grabieży ziemi” (Tuccille 1970, str. 3). Powracamy zatem do pierwotnego zagadnienia: sztucznie wytworzonego niedoboru, w tym przypadku wynikającego z narzuconego przez państwo monopolu na ziemię, która nigdy nie była prawowicie zagospodarowana.

Idąc dalej, Murphy krytykuje moje rozważania dotyczące preferencji czasowej, jakie przeprowadziłem w rozdziale trzecim. Zgłasza on obiekcje odnośnie mojej analizy (zapożyczonej w rzeczywistości od Maurice’a Dobba) preferencji czasowej jako renty ekonomicznej na pracy, co wynika z jej wzrastającej nieużyteczności, jako „jeszcze jednego czynnika w ‘rynkowych przepychankach’ [Adam Smith], przez który produkt pracy alokowany jest pomiędzy pracowników”. To, mówi Murphy, „po prostu nie przejdzie”. Oznacza to bowiem, według niego, pomieszanie niższej użyteczności przyszłego produktu z wyższą nieużytecznością pracy teraz. Jednak, moim zdaniem, w praktyce sprowadzają się one do czegoś dość podobnego. Zdaję sobie sprawę z teoretycznego rozróżnienia. Lecz wszyscy znamy bajkę o koniku polnym i mrówce; i w tej historyjce większa przykrość wynikająca z pracy wykonanej dziś niż z pracy wykonanej później oraz mniejsza waga przykładana do „jutrzejszego dżemu” niż do „dzisiejszego dżemu”, w zdroworozsądkowym rozumieniu sprowadza się do tych samych właściwości natury ludzkiej. Sam Rothbard czasem zacierał różnicę pomiędzy preferencją czasową i Marshallowskim „czekaniem” w stopniu, który z pewnością zasmuciłby Böhm-Bawerka (Rothbard 1993, str. 294-95, 298); Roger W. Garrison twierdził z kolei, że koncepcja „czekania” jako czynnika produkcji była kompatybilna z austriacką preferencją czasową (Block i Rockwell 1988, str. 49). Podobnie, uważam, że teoria preferencji czasowej Böhm-Bawerka należy do szerszej kategorii blisko powiązanych ze sobą teorii (wraz z abstynencją Seniora i czekaniem Marshalla) i w znacznie mniejszym stopniu odbiega ona – pod względem radykalizmu i treści – od jej poprzedników niż on sam chciałby wierzyć.

W końcu Murphy cytuje moje stwierdzenie, że „[t]ylko w kapitalistycznej (tzn. państwowej) gospodarce istnieje klasa posiadaczy, bogata znacznie ponad swą zdolność konsumowania, która może leżeć do góry brzuchem zarabiając na wypożyczaniu producentom drogo środków do życia”. A następnie pyta się: co dzieje się w społeczeństwie mutualistycznym

jeśli przedsiębiorczy pracownik zdoła zgromadzić spory zapas dóbr konsumpcyjnych i sprzedaje je w zamian za przyszłe korzyści? Czy nie mógłby on w nieskończoność utrzymać się z procentu? Czy byłoby to zakazane, czy też może Carson zaprzecza, jakoby taka sytuacja mogła się zdarzyć bez interwencji państwa?
Odpowiedź to, oczywiście, ta druga opcja. Za Benjaminem Tuckerem powtarzam, że jeśli pracownik jest w stanie zgromadzić takie zapasy środków dzięki własnej pracy, bez pomocy monopolu wymuszonego przez państwo; i jeśli zdoła on znaleźć nabywcę, który zechce dobić z nim interesu na powyższych zasadach – w takim przypadku tym lepiej dla niego! Jednak przy braku lichwiarskich, monopolistycznych ulg kredytowych, będących rezultatem państwowych barier wejścia na rynek, przy dostępności tańszych alternatyw kredytowych w postaci banków mutualistycznych i przy znacznie mniej „stromych” preferencjach czasowych w społeczeństwie oraz przy szerszym dostępie do własności, myślę, że o wiele trudniej byłoby mu znaleźć chętnego na taki układ niż ma to miejsce w przypadku obecnych pożyczkodawców.

Jeden z punktów krytyki autorstwa Murphy’ego wydaje mi się całkowicie zasadny. W mojej książce niewiele jest mowy o absolutnych poziomach cen. Poświęciłem temu zagadnieniu niewiele uwagi, wierząc, że konflikt między teorią laborystyczną i subiektywną tkwi głównie w relatywnej wartości wymiennej. Jednak prace Misesa i późniejszych przedstawicieli szkoły austriackiej na ten temat z pewnością warte są przemyślenia i jeśli kiedykolwiek będę miał okazję opublikować wydanie poprawione „Studies in Mutualist Political Economy, mam nadzieję poświęcić tej kwestii więcej uwagi.

Replika do Waltera Blocka

Na początku swojej recenzji Walter Block stwierdza, że moja książka „[m]oże naprawdę doprowadzić czytelnika do szału”. Niedługo potem komentuje półżartem, że sam wysiłek, jaki włożyłem w jej napisanie to „kolejny dowód na bolączki, z jakimi boryka się laborystyczna teorii wartości”. Mógłbym, w tym samym duchu, odpowiedzieć, że stopień jego frustracji, pomimo ewidentnie niewielkiego wysiłku włożonego w uważne przeczytanie książki, to dowód na nieużyteczność pracy.

Szczególnie wzburzenie zdaje się powodować fakt, że pomimo mojej oczywistej „dogłębnej znajomości twórczości libertarian, którzy w największym stopniu przyczynili się do rozwoju ekonomii politycznej” (włączając w to „nie mniej niż dziewięć” publikacji Rothbarda), znajomość ta „okazuje się w przypadku Carsona zupełnie nieprzydatna, gdyż przyjmuje on laborystyczną teorię wartości za podstawę przeprowadzanych przez siebie rozważań analitycznych”. To bardzo wymowny komentarz. Jak się zdaje, jedynym sensownym zachowaniem, zobaczywszy przytoczoną przez Blocka listę autorytetów, jest nie krytyczna analiza, lecz padnięcie na kolana. I rzeczywiście, odpowiedź Blocka na większość mojej krytyki austriaków sprowadza się praktycznie do przemawiania ich słowami oraz powtarzaniu niektórych uwag Böhm-Bawerka lub Misesa, które „każdy zna”, nigdy nie odnosząc się bezpośrednio do moich kontrargumentów.

W rzeczy samej, podejście Blocka przypomina mi cytat z „Capital and Interest Böhm-Bawerka, który wykorzystałem jako epigraf dla mojej książki:

Skrytykowałem prawo Laborystycznej Wartości z całą surowością, na którą doktryna tak jednoznacznie fałszywa zdała mi się zasługiwać. Jest tak też być może, że moja krytyka jest wrażliwa na wiele obiekcji. Jedna jednak rzecz zdaje mi się pewna: szczerzy naukowcy dążący do odkrycia prawdy nie będą w przyszłości próbować zadowalać się zwykłym oświadczeniem niezawodności prawa wartości, jak dotychczas się to działo.
W przyszłości każdy, kto myśli wyznawać to prawo będzie wpierw zobligowany pokazać to, co jego poprzednicy pominęli – dowód, który można potraktować z powagą. Nie cytaty z autorytetów; nie protesty i dogmatyczne frazesy; lecz dowód, który szczerze i systematycznie wyjaśnia esencję sprawy. Na takiej podstawie nikt nie będzie tak chętny i gotowy powziąć dalszą dyskusję, jak ja.

Podjąłem próbę przedstawienia takiego dowodu w części pierwszej mojej książki. Teraz piłeczka znajduje się po drugiej stronie. Niektórzy subiektywiści, jak Bob Murphy i Roderick Long, jako kontrargument rozważnie odpowiadają, że nadzieje Böhm-Bawerka odnośnie popleczników teorii laborystycznej były próżne. Jednak zdecydowanie zbyt wielu subiektywistów winnych jest tego samego lenistwa intelektualnego, które Böhm-Bawerk krytykował u swoich adwersarzy. Zamiast zdobyć się na spójne wyjaśnienie, dlaczego dobra powinny podlegać wymianie proporcjonalnie do włożonej pracy, czy też wypracować mechanizm, który doprowadziłby do takiego stanu rzeczy (skarży się Böhm-Bawerk), zwolennicy laborystycznej teorii wartości powołują się na autorytet Smitha, Ricardo czy Marksa, w taki sam sposób, w jaki trzynastowieczni scholastycy mogli powołać się na Arystotelesa.

Podobnie dzisiaj, w jednej libertariańskiej pozycji za drugą, wyraźnie widać, że jakiekolwiek nawiązanie do laborystycznej teorii wartości zostaje zdyskredytowane takimi właśnie odwołaniami do konwencjonalnych, „znanych każdemu” mądrości. Przykładowo, raz za razem natrafiam na rzekome dowody z drugiej lub trzeciej ręki, bądź to u polemistów libertariańskich, bądź z wykładów Econ 101, na które de facto odpowiedzieli już 150 lat temu Ricardo i Marks. Tyczy się to również głównego argumentu Blocka – „orzechowej babki błotnej”, o którym każdy, kto kiedykolwiek przeczytał cokolwiek autorstwa Ricardo lub Marksa wstydziłby się nawet napomknąć. Równie łatwo natknąć się na „próby obalenia” twierdzeń, które nigdy nie wyszły spod pióra klasycznych ekonomistów politycznych; jednak skoro „obalający” biorą swoje „dowody” z drugiej lub trzeciej ręki, mają oni jedynie bardzo mgliste pojęcie o tym, co przedmiot ich krytyki faktycznie stwierdził. „Zasada numer jeden: coś jest prawdziwe, jeśli jest często powtarzane!”

Wracając do naszego chochoła, „orzechowej babki błotnej”, Block nie tylko uznaje argument „pracy społecznie koniecznej” za okrężny, ale sprawia także błędne wrażenie, że była to idiotyczna odpowiedź na jakiś wymowny argument subiektywistów. W rzeczywistości, idea, że producent poznaje zakres społecznie koniecznej pracy wymaganej do stworzenia produktu, ex post facto, na podstawie ceny, jaką produkt ów osiąga na rynku, została po raz pierwszy przedstawiona przez Marksa w jego wczesnych sporach z Proudhonem (patrz: cytat z „Nędzy filozofii w powyższej replice do Murphy’ego). A zatem zupełnie na odwrót: argument „orzechowej babki błotnej” jest wyrazem lenistwa intelektualnego tych, którzy nie za bardzo zdawali sobie sprawę, co krytykują, żeby uświadomić sobie, że Marks „odpowiedział” na niego na długo przed jego sformułowaniem.

Drugi argument krytyczny, przedstawiony przez Blocka, dotyczy zagadnień „czasu, ryzyka i preferencji czasowej”. Wygląda na to, że Block oczekuje, iż takie argumenty całkowicie odbiorą mi mowę; to dość nietypowe, jeśli wziąć pod uwagę, że poświęciłem cały rozdział preferencji czasowej i specjalnie zaznaczyłem w tekście, że Tuckerowska krytyka zysku dotyczy jedynie zysku netto, lub zysku z kapitału jako takiego, nie zaś premii za ryzyko. O ile mi wiadomo, nawet najbardziej zagorzały mutualista nie przeciwstawiłby się łączeniu ryzyka przez firmy ubezpieczeniowe; a premia za ryzyko w niczym z zasady się nie różni.

Jeśli chodzi o „czas”, podejście Blocka do tego zagadnienia to jeden z licznych fragmentów jego recenzji, które sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, jak to możliwe, że przeczytał on moją książkę. Jego argument to nic innego, jak tylko przetworzona wersja dawnej doktryny funduszu pracy, wedle której zapobiegawczy kapitalista przychodzi z pomocą nieszczęsnemu robotnikowi, który nie ma żadnych oszczędności, z których mógłby wyżyć podczas procesu produkcji, w zamian otrzymując coś za swój „wkład”. To wszystko brzmi wspaniale, być może wyłączywszy to, jak to się stało, że pracownik stał się tak zależny i w jaki sposób środki produkcji i „fundusz pracy” skupiły się w rękach niewielkiej grupy ludzi.

Odpowiedź na to pytanie, które Block tak zbywa, przywodzi na myśl dowcip Harry’ego Browne’a: państwo najpierw łamie ci nogi, a następnie jest z siebie niezmiernie dumne, jako że wręczyło ci kule. Znaczna część mojej książki poświęcona jest historii akumulacji pierwotnej, w której klasy posiadające (w zmowie z państwem) ograbiły klasy pracujące z ich własności ziemskiej.

Odnośnie do preferencji czasowej, Block narzekając na niezadowalającą liczbę „dziewięciu stron” poświęconych jej w rozdziale trzecim, stwierdza: „Bardzo kiepsko mi to wygląda”. O zgrozo, Block streszcza mój dziewięciostronicowy wywód w jednym zdaniu i odrzuca go, nie przedstawiwszy swoim czytelnikom żadnej niezależnej podstawy do zrozumienia, co tak naprawdę krytykuje. Oto cytowane przez niego zdanie:

Kiedy pracownicy powstrzymują się od bieżącej konsumpcji celem zgromadzenia własnego kapitału, preferencja czasowa stanowi po prostu dodatkową formą nieużyteczności pracy, w przeciwieństwie do pracy przyszłej.

W przeciwieństwie do Murphy’ego, Block nie pofatygował się, aby odpowiedzieć na ten właśnie argument. Od razu zadaje pytanie:

Jest to zdumiewająco mało pomocne. Skąd (…) zdaniem Carsona pierwotnie wywodzą się przedsiębiorcy, jeśli nie spośród przedstawicieli klasy rzemieślniczej, którzy zaczynają pracować na własny rachunek, redukują swoją konsumpcję poniżej przychodu, a powstałe w ten sposób oszczędności wykorzystują na opłacenie pracowników na zasadzie roszczenia o wartość pozostałą?

Choć czytelnik może tego nie wywnioskować z lektury recenzji Block’a, poświęciłem znaczną część mojej książki dokładnej odpowiedzi na to właśnie pytanie. Przede wszystkim, pomimo błędnego wrażenia, jakiemu ulega Block, „kapitalistyczny przedsiębiorca” to nie jedno słowo. Wbrew błędnemu obrazowi Rewolucji Przemysłowej przestawionemu przez Misesa, przedsiębiorcy, którzy wybili się z „klasy rzemieślników” dzięki ciężkiej pracy i wstrzemięźliwości, dostarczali mniejszej części ogólnego kapitału inwestycyjnego. Stawali się co najwyżej młodszymi partnerami wielkich potentatów: osiadłej oligarchii Wigów i wielkich fortun kupieckich. Można by się spodziewać, że Block zna podział (dokonany przez niedawno zmarłego Samuela Edwarda Konkina i innych rothbardiańskich radykałów) na przedsiębiorców i bezproduktywnych rentierów. Wymagamy jednak zbyt dużo.

Block kontynuuje:

Oczywiście nie można zaprzeczyć, że niektórzy stają się kapitalistami, kradnąc przeszłą pracę, jak Carson raz za razem powtarza, ale nie musi tak być w każdym przypadku.

Block najwidoczniej wziął sobie to serca słowa Tweedledee: „Jeśli coś było, to jest to możliwe; jednak jeśli czegoś nie ma, to nie jest. To logiczne”. Prawdziwość tego stwierdzenia jest kwestią historyczną, której poświęciłem całe dwa rozdziały (czwarty i piąty), powołując przy okazji masę dowodów – coś, czego nie nazwałbym raczej „powtarzaniem”. Wysuwanie bezpodstawnych twierdzeń, zarazem ignorując już istniejące dowody przeciwstawne, zdaje się raczej być specjalnością Blocka.

W rzeczywistości, „[opracowałem] odpowiedź na niszczycielską krytykę socjalizmu autorstwa Böhm-Bawerka”. Znajduje się ona na owych dziewięciu stronach, obok tego jednego, zacytowanego przez Blocka zdania. To właśnie jeden z tych momentów, że zastanawiam się, czy Block rzeczywiście przeczytał moją książkę, czy tylko przewertował ją w poszukiwaniu materiału, który dałby mu okazję do drwin i zapodania uprzednio przygotowanych formułek. Zamieszczam tutaj, żeby zapewnić czytelnikowi podstawę do niezależnej oceny, następujący wyjątkowo zwarty fragment z rozdziału trzeciego:

Böhm-Bawerk zwykle obstawał przy ahistorycznej perspektywie na rzeczywiste źródła dystrybucji własności; zakładał z góry, że klasy posiadające miały do dyspozycji nadwyżkową własność, którą mogły zainwestować dzięki swej obrotności i przedsiębiorczości. Często w ogóle nie odnosił się do tej kwestii i po prostu zakładał daną dystrybucję własności.
()
Wywłaszczone zastępy robotników, podobnie jak kapitaliści, po prostu sobie były; wyskoczyli jak Filip z konopi.
()
Ale dlaczego robotnicy mieliby nie posiadać na własność środków produkcji, indywidualnie lub wspólnie; albo dlaczego nie mieliby współpracować i utworzyć własnego „funduszu pracy” z którego by się żywili podczas procesu produkcji – tego Böhm-Bawerk nie wyjaśnił. Nie zastanawiał się też, dlaczego tak się składa, że kapitaliści znaleźli się w posiadaniu tak ogromnych ilości niepotrzebnego im bogactwa. Nie jest przecież historyczną koniecznością, żeby zdecydowana większość zasobów produkcyjnych kraju znajdowała się w rękach garstki ludzi, a nie pracującej większości. Böhm-Bawerk uważał to za cokolwiek nieznaczący fakt. Szukając przyczyn takiej sytuacji, będziemy musieli wyjść poza jego prace.
Odpowiedź możemy znaleźć nie w teorii ekonomi, lecz w historii. Rzeczywiste rozłożenie własności pomiędzy różnymi klasami, która to kwestia była dla Böhm-Bawerka owiana tajemnicą, jest historycznym wynikiem państwowej przemocy. W kolejnym rozdziale przeanalizujemy proces pierwotnej akumulacji, za sprawą którego pracująca większość została siłą wywłaszczona ze środków produkcji, zmieniona w klasę robotniczą i od tego czasu powstrzymywana przez prawo i przywilej przed dostępem do kapitału.
Na ten moment wystarczy stwierdzić, że choć preferencja czasowa jest uniwersalnym faktem nawet przy równym rozłożeniu własności, następstwa akumulacji pierwotnej sprawiają, że preferencje czasowe są znacznie bardziej strome niż byłyby, gdyby historia potoczyła się inaczej. Preferencja czasowa nie jest stałą. Jest znacznie bardziej zorientowana na teraźniejszość dla robotnika pozbawionego niezależnego dostępu do środków produkcji, środków do życia i bezpieczeństwa. Nawet wulgarni ekonomiści polityczni dostrzegali, że stopień biedy wśród klas pracujących determinował ich poziom płac, a więc także poziom zysków
().
W gospodarce powszechnej własności, która istniałaby, gdyby pozwolono wolnemu rynkowi rozwijać się bez rabunku na szeroką skalę, preferencja czasowa wpływałaby jedynie na decyzję robotnika dotyczącą konsumpcji dziś względem konsumpcji jutro. Wszelka zaś konsumpcja, dzisiejsza czy jutrzejsza, byłaby bez wątpienia owocem pracy. Tylko w kapitalistycznej (tzn. etatystycznej) gospodarce istnieje klasa posiadaczy, bogata znacznie ponad swą zdolność konsumowania, która może leżeć do góry brzuchem, wypożyczając producentom środki do życia w zamian za roszczenie do przyszłej produkcji.

Głównym krytykiem Böhm-Bawerka (któremu poświęcone jest te dziewięć stron, podlane bogatymi cytatami z samego Böhm-Bawerka) jestem ja – co nie wydaje się szczególnie dziwne, biorąc pod uwagę, że to moja książka.

Prawdopodobnie największe wpadki Blocka w jego recenzji to komentarze dotyczące stosunków pracy:

Postrzega on [Carson] (...) gospodarkę jako grę o sumie zerowej, gdzie kapitalista może zarobić wyłącznie kosztem pracownika. Wydaje się, że nie zdaje on sobie sprawy z tego, że wszelkie interakcje rynkowe, szczególnie te pomiędzy pracownikiem i pracodawcą, są z konieczności obustronnie korzystne ex ante. (...) Myśli on (...), że „zysk jest wynikiem nierównej wymiany”; błagam – cóż to takiego? W pewnym sensie każda wymiana jest równa, gdyż obydwie strony zyskują ex ante. ... Powtarza on ten błąd kilkakrotnie w swojej książce. (...) Jednakże postrzega on (...) „kapitalistyczne działania pomiędzy dorosłymi, zgadzającymi się jednostkami”, przywołując trafne sformułowanie Nozicka, (...) w jak najbardziej pozytywnym świetle, słusznie odrzucając koncept rynku jako gry o sumie zerowej. Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że w jednych fragmentach wykazuje się takim rozsądkiem, a w innych z kolei popełnia tyle karygodnych błędów.

Aby uzyskać odpowiedź na to pytanie, Block nie musi sięgać dalej, niż do Franza Oppenheimera (jednego z jego długiej listy autorytetów, których znajomość na niewiele mi się zdała). „Nierówna wymiana” i „gra o sumie zerowej” są skutkiem interwencji państwa w rynek. Wolna wymiana, bez interwencji państwa, jest faktycznie obustronnie korzystna i tworzy Pareto-optymalny rezultat, w wyniku którego wszyscy zyskują, a nikt nie traci. Nie ma to jednak zbyt wiele wspólnego ze stosunkiem pracy w obecnej gospodarce. Odrzucam ideę rynku jako gry o sumie zerowej, konsekwentnie, w każdej części mojej książki. Uważam, że obecna gospodarka kapitalistyczna jest grą o sumie zerowej, dokładnie z tego powodu, iż nie jest ona wolnym rynkiem.

Block, co chyba teraz dość oczywiste, nie jest zdolny do pojęcia podziału na „rzeczywiście istniejący kapitalizm” i wolny rynek (jak na ironię, później oskarża mnie on o celowe pomieszanie tego właśnie rozróżnienia – patrz poniżej). W rzeczywistości, jego obrona istniejących stosunków pracy, posługując się wolnorynkową retoryką, to jedna z głównych cech rozpoznawczych tego, co ja nazywam „wulgarnym libertarianizmem”. Przytaczam cytat z rozdziału czwartego mojej książki:

Wulgarni libertarianie – apologeci kapitalizmu – używają terminu „wolny rynek” dość dwuznacznie: wydaje się, że mają oni problem z pamiętaniem, raz za razem, czy bronią obecnego kapitalizmu, czy wolnorynkowych zasad. Stąd otrzymujemy standardowe pomieszanie pojęć w artykułach w „The Freeman”, gdzie jeden z autorów twierdzi, iż bogaci nie mogą stać się bogatymi na koszt biednych, ponieważ wolny rynek nie działa w ten sposób – implicite zakładając, że to jest wolny rynek. Kiedy wypomni się im to, niechętnie przyznają, że obecny system to nie wolny rynek i że państwo faktycznie sprzyja bogatym. Ale jeśli myślą, że może im to ujść na sucho, nie wahają się bronić bogactwa korporacji wykorzystując do tego „wolnorynkową retorykę”.

W odpowiedzi na takie komentarze Block’a pomóc może jedynie zacytowanie fragmentu recenzji Boba Murphy’ego:

Nigdy tak naprawdę nie rozważałem korzeni faktycznej dystrybucji tytułów własności i Carson ma wiele racji twierdząc, że typowa, libertariańska obrona współczesnej relacji pracodawca/pracobiorca może być fundamentalnie naiwna właśnie ze względu na nieznajomość historycznego rozwoju kapitalizmu.

W innym fragmencie dotyczącym zatrudnienia Block pisze:

Carson stwierdza (...) : „W stanie wolnej i nieograniczonej wymiany wszystkie transakcje są dla obu stron korzystne. Jedna strony korzysta kosztem drugiej tylko gdy siła wchodzi w grę”. Wszystko to wygląda jasno i logicznie. Z pozoru. Napotykamy jednak pewną trudność, kiedy zdamy sobie sprawę, że dla tego autora „władza” występuje w każdym przypadku, kiedy pracodawca składa ofertę pracownikowi.

Tak – jeśli zasoby są skupione w rękach niewielkiej liczby pracodawców, jeśli pracobiorcy pozbawieni są niezależnego dostępu do środków produkcji i utrzymania i jeśli rynek pracy przekształcony zostaje w rynek kupującego, z czego wszystko jest wynikiem działania państwa – wtedy mamy do czynienia z wyzyskiem. Block podejmuje jednak rękawicę: co, jeśli pracodawca uprzednio był pracobiorcą, który zgromadził fundusz pracy ze swoich własnych zarobków, a następnie jego współpracownicy poprosili go, aby wziął na siebie ryzyko nowego przedsięwzięcia? Czy uznałbym to za wyzysk? Nie, poza przypadkiem, w którym stopa zwrotu, której zażąda, znajdowałaby się pod wpływem wyznaczonych przez państwo przeszkód w wejściu na rynek bankowości. Gdyby moja babcia miała wąsy, uważałbym ją za dziadka!

Wśród błędów, które rzekomo prześladują moją pracę, Block wymienia również „pomylenie zysków (które znikają w stanie równowagi) z wpływami (które nie znikają)”. Jest to prawdą jedynie, jeśli słowo w słowo przestrzegać będziemy politycznie poprawnej terminologii z Wielkiej Encyklopedii Austriackiej. Prawdę powiedziawszy, explicite odróżniam to, co austriacy nazywają „przedsiębiorczym zyskiem” od zysku z kapitału jako takiego, choć sam nie czuję się zobligowany do ograniczania się do modnego żargonu.

Przyjrzyjmy się kolejnemu „błędowi” tego rodzaju:

Uważa on (...), że może istnieć coś takiego jak „wolnorynkowy socjalizm”, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to sprzeczność sama w sobie, jeśli termin „socjalizm” oznacza, jak zwykle i jak przyjął tutaj autor, pozbawienie kapitalistów, przedsiębiorców, właścicieli ziemskich i innych ludzi z tego, co im prawowicie przysługuje.

Używam terminu „socjalizm” w dokładnie takim samym znaczeniu, w jakim Benjamin Tucker użył go w swojej pracy „Socjalizm państwowy i anarchizm”, aby opisać wolny rynek, w którym kapitał i ziemia podlegają takim samym prawom konkurencji jak praca, bez narzuconych przez państwo przywilejów monopolu.

I znowu: „Wydaje się on nie rozumieć (...), że 'monopol' z definicji zakłada rządową ingerencję w wolne wejście do pewnej gałęzi przemysłu”. Biorąc pod uwagę, że wyraźnie mówię, że tak właśnie jest, tzn. że definiuję państwowy monopol pieniężny jako barierę w wejściu na rynek przemysłu bankowego i że w rozdziale szóstym w znacznym stopniu polegam na analizie regulowanej przepisami kartelizacji w wykonaniu Gabriela Kolko/Murraya Rothbarda, trudno odgadnąć, dlaczego Block wątpi w moje zrozumienie libertariańskich zasad. Szczególnie, że fakt, iż świadomie broni istniejących monopoli, wytworzonych przez państwowe przeszkody w wejściu na rynek, bowiem rzekomo „tak działa wolny rynek”, pokazuje, że bardziej prawdopodobne jest, iż to właśnie on cierpi na ich niezrozumienie.

Block zarzuca mi także przyjęcie „mainstreamowego, neoklasycznego poglądu” na monopol, zamiast „prawidłowego poglądu austriackiego”; innymi słowy, oceniam konkurencyjność gałęzi przemysłu na podstawie liczby firm w nim działających. Jednak gdy ktoś przeczyta rozdział szósty uważniej – co z całą pewnością nie jest udziałem Blocka – staje się jasne, że przyjmuję to stanowisko tylko w przypadku, kiedy liczba firm jest sztucznie zaniżona w wyniku działań państwa. Wierzę, że nawet Rothbard zasadniczo sprzeciwiłby się idei, jakoby ceny stały się sztywniejsze lub bardziej stabilne pod wpływem przewodnictwa cenowego lub innych form milczącej zmowy przy malejącej liczbie firm na rynku. Jednak dopóki brak jest jakichkolwiek przeszkód w wejściu na rynek czy rządowych ograniczeń konkurencji, nie zmienia to faktu, że ceny są w pełni konkurencyjne. Nie kwestionuję tego stanowiska. Z drugiej strony, kiedy konkurencja jest sztucznie ograniczona (patrz np. analiza Kolko skutków zasad „nieuczciwej konkurencji” ustanawianych przez FTC i Ustawy Claytona oraz Rothbarda regulowanej kartelizacji) lub gdy liczba konkurentów jest sztucznie zaniżona w wyniku działalności państwa, myślę, że całkiem zasadnie można w takich warunkach mówić o „marży oligopolistycznej”.

Raz za razem, staram się najlepiej jak mogę, żeby jakoś zinterpretować recenzję Blocka tak, żeby nie poddawać w wątpliwość jego szczerości lub umiejętności czytania ze zrozumieniem. Miejscami jego rozumienie tekstu jest w oczywisty sposób tak kiepskie, że zdaje się sugerować, iż jego tępota jest tylko i wyłącznie pozą: innymi słowy – fałszem. Na przykład:

Nasz autor (...) z uznaniem cytuje Smitha (1776), według którego „’prawdziwa cena‘ produktu (…) czyli jego ‘realny koszt dla nabywcy’ to ‘wysiłek i praca włożona w jego nabycie’”. Przypuśćmy jednak, że wyszedłem sobie na spacer i spostrzegłem w wyłomie skalnym gigantyczny diament. Nie muszę nawet wkładać „pracy i wysiłku” w schylanie się i podniesienie go; znajduje się on dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wystarczy, że go chwycę w dłoń. Wkład „wysiłku i pracy” praktycznie nie istnieje. A jednak ten kamień szlachetny wart jest miliony.

Jeśli potraktować ten fragment dosłownie, świadczy on o tym, że Block nie ma zielonego pojęcia o tym, co klasyczni ekonomiści polityczni w rzeczywistości myśleli, prócz tego, co wyciągnął z polemicznej literatury austriaków – lub przynajmniej nie chce lub nie potrafi zrozumieć tego, co chcieli przekazać. Trudno mi pojąć, jak ktoś po przeczytaniu pierwszego rozdziału mojej książki, nie mówiąc już o samym „Bogactwie Narodów”, może nie uświadomić sobie, że cytat Smitha odnosi się wyłącznie do dóbr reprodukowalnych.

I – nie uwierzycie – Block obwinia mnie o zacieranie różnic pomiędzy „korporacyjno-monopolistycznym kapitalizmem państwowym” a leseferyzmem. A to mimo tego, że sam raz za razem przychodzi w sukurs korporacjom w obecnej faszystowskiej gospodarce, twierdząc, że korporacje nie mogą wykorzystywać pracowników lub dopuszczać się nieuczciwej konkurencji czy też oszukiwać konsumentów, ponieważ „nie tak działa gospodarka rynkowa”! Te dwa systemy, jak twierdzi Block, „różnią się od siebie jak dzień od nocy. Nie mają ze sobą nic wspólnego”. No i dokładnie, o to mi chodzi. Obecny system to albo jedno, albo drugie. Proszę dokonać wyboru, panie Block, i konsekwentnie trzymać się swojej decyzji, nie zaś skakać z jednego znaczenia na drugie, w zależności od tego, co bardziej pasuje do pro-korporacyjnej apologetyki. Co więcej, Block ma czelność oskarżać mnie o „czynienie wszystkiego, co w mojej mocy, aby wprowadzić w tej materii jak najwięcej zamieszania” i sugeruje, jakobym był winien „rozmyślnego i celowego pomieszania tych dwóch pojęć”. To niezwykły przykład lustrzanego odbicia!

Rzekomym przykładem tego, że celowo wprowadzam czytelnika w błąd jest to, że besztam Misesa za jego obronę mrocznych, szatańskich młynów w Rewolucji Przemysłowej, które (jak mówi) pracownicy woleli od innych dostępnych alternatyw. Co z tego, że, jak szczegółowo wyjaśniłem, klasy zatrudniające były w większości przypadków w aktywnej zmowie z państwem, określając jakie to inne „alternatywy” są dostępne. Jednak Mises, widzicie, bronił ich wyłącznie „jako pracodawców”!

Z kolei kradzież ziemi, którą opisuję w rozdziałach czwartym i piątym, jako główny czynnik w powstaniu i rozwoju historycznego kapitalizmu, stanowi „nieodłączną część monopolu korporacyjnego opartego na monopolu państwa, nie jego leseferystycznej odmiany”. Cóż, tak, to rzeczywiście wyjaśnia wszystko... Ach, być może poza tym: gdzie do tej pory istniał ów leseferystyczny kapitalizm, prócz być może pęknięć na obliczu istniejącego systemu kapitalizmu państwowego i tylko w stopniu, w jakim polityczni kapitaliści i właściciele tolerowali je? Przesłaniem wynikającym z moich rozdziałów poświęconych historii jest to, że kapitalizm, jako rzeczywiste zjawisko historyczne, nacechowany był etatyzmem od samego początku; jego fundamenty zostały „zapisane krwią i ogniem”, a jego nadal funkcjonujące właściwości strukturalne są nierozerwalnie związane z etatyzmem. Jak radykalni Ricardianie, którzy jako pierwsi użyli terminu „kapitalizm” na początku dziewiętnastego wieku, postrzegam obecny system jako kapitalistyczny dokładnie w stopniu, w jakim różni się on od wolnego rynku lub leseferyzmu. I cała moja krytyka monopolu, wyzysku siły roboczej, imperializmu itd. dotyczy rzeczywistego systemu kapitalistycznego. „Carson w wyjątkowo irytujący sposób wprowadza tutaj dodatkowy zamęt, mimo tego, że doskonale zna różnicę”. To Block wprowadza dodatkowy zamęt; ale czy on w zna tę różnicę, to wie tylko on sam.

Podobnie, nie udaje mi się dostrzec różnic między tymi dwiema odmianami kapitalizmu w Rewolucji Przemysłowej.

Zapewne miały tutaj miejsce kradzieże nie tylko ziemi, ograniczenia oraz wyzysk. Ale właśnie z tych powodów nasz autor ignoruje całkowicie czynnik innowacji. Jasne, możemy adekwatnie rozpoznać przedsiębiorcę, który modernizuje gospodarkę i zatrudnia dzieci, które w przeciwnym wypadku umarłyby z głodu, nawet jeśli ta sama osoba winna jest naruszeniu libertariańskiego aksjomatu o nieagresji [sic].

Trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek miałby potraktować to poważnie, nie mówiąc już o próbie odniesienia się do tego w jakiś sposób. „Jasne, możemy adekwatnie rozpoznać państwo, zapewniające kule kalece, który w przeciwnym razie by upadł, nawet jeśli to samo państwo uprzednio złamało mu nogi. Po prostu bronimy państwa jako dostawcy kul”. I to mnie Block nazywa schizofrenikiem, Jekyllem i Hydem!

Myślę, że główna różnica pomiędzy nami sprowadza się do tego, na ile obecny system może być traktowany jako odpowiednik wolnego rynku. W mojej książce powiedziałem jasno, że uważam go za do cna etatystyczny i to od samego początku jego istnienia; czysto wolnorynkowe elementy istnieją w nim tylko w zakresie, w jakim leży to w interesie klasy rządzącej. Block, jak się okazuje, postrzega obecny system jako w miarę bliski wolnemu rynkowi, z kilkoma zaledwie etatystycznymi lukami, które komplikują jego wizję świata rządzonego przez McDonald’s i Wal-Mart bez interwencji regulacji państwowych i związków zawodowych.

Jako przykłady mojego rzekomego „analfabetyzmu ekonomicznego”, Block przywołuje moją analizę zagadnienia „łamistrajków”, „dumpingu”, „zmów cenowych”, „przywództwa cenowego” itd. W każdym z powyższych przypadków krytykuję dane zagadnienie w kontekście systemu kapitalizmu państwowego (jak same tytuły rozdziałów powinny dać mu do zrozumienia). „Dumping”, na przykład, wspomniany jest w kontekście „zależnego od eksportu kapitalizmu monopolistycznego” Schumpetera – w podobny sposób, w jaki rothbardianin Joseph Stromberg używa go w swoim artykule The Role of State Monopoly Capitalism in the American Empire(2001, str. 57-93).

Kolejnym przykładem, według Blocka, mojego analfabetyzmu ekonomicznego jest następujący fragment: „Demobilizacja gospodarki wojennej po roku 1945 niemalże wpędziła nadmiernie rozbudowany i uzależniony od państwa sektor przemysłowy w nową depresję”. I tutaj ponownie radzę przeczytać artykuł Stromberga, w którym można znaleźć przychylne spojrzenia na tezę o nadakumulacji/podkonsumpcji. Jak pokazuje Stromberg, analizy dokonane przez J. A Hobsona i grupę „Monthly Review” dość zasadnie odnoszą się do państwowego kapitalizmu monopolistycznego. Odnośnie moich rozważań dotyczących zysku monopolistycznego jako wyciągniętego od konsumentów, Block odpowiada:

Jest to oczywiście dość rozsądne podejście w przypadku monopolu występującego w kapitalizmie korporacyjno-monopolistycznym; tutaj niektóre firmy nie mają wstępu, zaś te uprzywilejowane mogą z pewnością wykorzystywać konsumentów. Jak jednak, do jasnej Anielki, może to mieć miejsce w kapitalizmie leseferystycznym?

Yyy, panie Block? Wystarczy przeczytać tytuł rozdziału szóstego, z którego pochodzi następujący cytat: „Powstanie kapitalizmu monopolistycznego”.

Jako ostateczny przykład mojego analfabetyzmu ekonomicznego, Block przywołuje moją analizę dużych firm, które działają znacznie powyżej poziomu optymalnej efektywności, znacznie powyżej punktu, w którym ekonomia skali się stabilizuje.

Zdaniem naszego autora (...) im większe, tym gorsze. Jednak tylko rynek może określić, kiedy duże jest rzeczywiście za duże. I jeśli firma przekroczy tę granicę, jakakolwiek by ona nie była, siły rynkowe szybko ściągną jej cugle. Firmy takie jak Microsoft, Wal-Mart, Coca-Cola i McDonald’s są doprawdy gigantyczne. Czy oznacza to, że są zbyt duże? Ależ skąd. Gdyby tak było, to dołożyłyby one wszelkich starań, aby się zmniejszyć.

Cóż, jednak myślę, że mamy do czynienia z pewną formą analfabetyzmu. Jakim sposobem udało mu się wysnuć takie wnioski po przeczytaniu samego tekstu, przechodzi moje pojęcie. Istotnie, wywraca on moje stanowisko do góry nogami. Nie uważam, żeby jakikolwiek rodzaj interwencji czy to ze strony państwa, czy jakiejkolwiek innej przymusowej organizacji był niezbędny, aby narzucić ograniczenia odnośnie wielkości. Jak mówi Block, jest to zadanie wolnego rynku; jednak w przeciwieństwie do Blocka, myślę że opis funkcjonowania wolnego rynku wymaga trybu przypuszczającego, nie oznajmującego. Wal-Mart, McDonald’s itd. rzeczywiście byłyby na najlepszej drodze do zmniejszenia swoich rozmiarów na wolnym rynku. Czy Block naprawdę twierdzi, że obecnie działają one na wolnym rynku? Jeśli tak, to z radością powinien wycofać, przepraszając, jego oskarżenia, jakobym zamazywał różnicę pomiędzy leseferyzmem a kapitalizmem państwowym. W omawianym fragmencie stwierdzam, że obecny rozmiar większości (jeśli nie wszystkich) wielkich korporacji odzwierciedla istniejącą interwencję państwa w gospodarkę, bądź poprzez kartelizację przemysłu przy pomocy przepisów prawnych, bądź dotując akumulację, bądź też uzewnętrzniając koszty nieefektywności przy swoich rozmiarach. Twierdzę, że wielkość McDonald’s i innych odzwierciedla naturę systemu kapitalizmu państwowego oraz że prawdziwie wolny rynek rozbiłby je na dużo mniejsze, o wiele bardziej wydajne firmy. Raz jeszcze, jako wulgarny libertarianin, Block zdaje się z minuty na minutę zapominać, czego tak naprawdę broni.

Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, w chwilę później stwierdza: „Trudno też dostrzec jak obecnie państwo je wspiera”. I właśnie, jeśli przyjmuje on, że takie jest moje stanowisko – że korporacje są w stanie rozrastać się poza punkt maksymalnej efektywności, ponieważ wspiera je państwo – to jego poprzednie insynuacje, jakobym chciał, aby „siły zewnętrzne” narzucały maksymalną wielkość firm, muszą być czystym fałszem. Albo to, albo z minuty na minutę zapomina on, co właśnie napisał. Jeśli chodzi o niezliczone sposoby, w jakie rząd je wspiera – bez względu na to, czy Block jest je w stanie dostrzec czy nie – opisuję je szczegółowo w rozdziale szóstym.

Źródło:
http://mises.org/journals/jls/20_1/20_1_7.pdf

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polub blogaska