piątek, 21 czerwca 2013

Postmodernistyczne metafory

Postmodernistyczne metafory
Metafora stanowi niezmiernie istotną część myśli postmodernistycznej. Prawda, jak ujął to Nietzsche, to „ruchoma armia metafor”. Oznacza to, że na przestrzeni dziejów to, co uznawane jest obecnie za prawdę, kiedyś pełniło rolę metafory, czyli metafora przestała być metaforą, zaczęła być postrzegana „dosłownie”, przez co stała się prawdą. „Stare metafory nieprzerwanie umierają w dosłowności i służą następnie za podłoże i tło dla metafor nowych”1. Metafora to coś z istoty przygodnego – kształtowana jest przez kulturę, a ta, jak wiemy, nie posiada telos. Z tego, że język stanowi ciąg martwych metafor, wynika przeświadczenie o historyczności języka, jego zmienności i kontekstowości. Martwa metafora – metafora, która ma znaczenie, gdyż ze swej natury metafora jest go pozbawiona. Metafora nie posiada wartości logicznej, nie jest ani prawdziwa, ani fałszywa. Nie ma miejsca w grze językowej ani na nią nie ma miejsca; język obywa się bez niej zupełnie dobrze, zastygając w dosłowności. Jednak nowe metafory pojawiają się, a stare znikają. Z czego to wynika?

piątek, 17 maja 2013

Kevin Carson "Repliki" cz. 2

Riposta do George`a Reismana
W przeciwieństwie do Waltera Blocka, Reisman jest zbyt wyćwiczony, żeby chociaż spróbować zdobyć się na najmniejszy przejaw poczucia humoru lub aby uznać, pro forma, mój pełen dobrej woli wysiłek włożony w napisanie książki. Chce krwi. Jak ostrzegł mnie zawczasu mój wydawca, recenzje wahają się od „musimy oświecić naszego pełnego dobrej woli i niejednokrotnie przenikliwego, choć mylącego się w kluczowych sprawach, towarzysza” po „zabić komucha!”. Reisman, jak się przekonałem, zakotwiczył się na prawym końcu tego spektrum.
Sam tytuł recenzji Reismana to błąd niedostatecznego uzasadnienia. Cały pierwszy akapit pozostaje w tym duchu. Reisman twierdzi bowiem, że moja książka „oparta jest na niewiarygodnej tezie, sprzecznej wewnętrznie, że kapitalizm, w tym także kapitalizm leseferystyczny, to system oparty na interwencji państwa, naruszającej zasady wolnorynkowe”. Przy okazji: jeśli wtrącenie Reismana, „w tym także kapitalizm leseferystyczny” w ogóle cokolwiek znaczy, to implikuje, że Reisman uznaje jakiekolwiek twierdzenie o państwowej interwencji nawet w nie-leseferystycznym kapitalizmie za niewiarygodne i wewnętrznie sprzeczne.
Celowo postanowiłem przywołać oryginalne, Hodgskinowskie znaczenie terminu „kapitalizm” z tego samego powodu, z jakiego niektórzy dwudziestowieczni obrońcy wolnego rynku zdecydowali się nadać mu boskie znaczenie: żeby coś udowodnić. Termin „kapitalizm”, w pierwotnym znaczeniu, nie odnosił się do wolnego rynku, a do etatystycznego systemu klasowego, w którym kapitaliści kontrolowali państwo, a państwo interweniowało w gospodarkę w ich imieniu. Wciąż jest on używany w tym znaczeniu przez niektórych wybitnych libertarian, np. R.A. Wilsona:

wtorek, 23 kwietnia 2013

Kevin Carson "Repliki" cz. 1

Replika” do Murraya Rothbarda
Nie jest to replika w dosłownym tego słowa znaczeniu – z tego oczywistego powodu, że artykuł Rothbarda poprzedził ukazanie się mojej książki. Mimo to, a również z tego powodu, że nadaje on ton temu wydaniu „Journal of Libertarian Studies” i zawiera pewne spostrzeżenia co do indywidualistycznego anarchizmu w ogóle, poczynię parę uwag na jego temat.

Nie jest tu miejsce na omówienia kwestii ziemi – tematem tym zajmę się później, w części skierowanej do Rodericka Longa. Chciałbym jedynie zauważyć, że określenie doktryny Ingallsa-Tuckera jako ograniczenia prawa właściciela ziemskiego do wyzbycia się „uczciwie nabytych praw własności” samo przez się nasuwa pytanie, czym owo uczciwe nabycie praw własności jest.

Jeśli chodzi o zagadnienie pieniądza i bankowości, muszę wytknąć Rothbardowi błąd – zinterpretował on bowiem system mutualistycznej bankowości Greene’a-Tuckera jako próbę inflacyjnego poszerzenia zasobów pieniężnych. Co prawda doktryna Greene’a-Tuckera jest często wrzucana do jednego worka (w szerszej kategorii „maniaków pieniądza”) ze zwolennikami kredytu społecznego, bimetalistami, itd., jednak w rzeczywistości znacznie się od nich różni. Greene i Tucker nie proponowali wywołania inflacji zasobów pieniężnych, a ich celem była eliminacja monopolistycznej ceny kredytu, której istnienie umożliwiają ustanawiane przez państwo ograniczenia wejścia: licencjonowanie banków czy wysokie wymagania kapitałowe dla instytucji zajmujących się udzielaniem wyłącznie zabezpieczonych pożyczek. Większość libertarian zaznajomiona jest z analogiczną krytyką przyznawania licencji zawodowych jako swego rodzaju gwarancją monopolistycznego przychodu dla dostawców usług medycznych, prawnych i innych. Koncesjonowanie i wymagania kapitałowe tak samo pozwalają sprzedawcom kredytu na sprzedawanie swoich usług po cenach monopolistycznych.

piątek, 12 kwietnia 2013

Manga "Akumetsu" - libertarianim czy anarchizm?

Kto z nas nie chciałby mieć supermocy? Któż nie chciałby wpływać na bieg dziejów dzięki nadprzyrodzonym zdolnościom? Kto odmówiłby, gdyby zaoferowano mu/jej możliwość naprawy wszelkiego zła? Okej, znalazłoby się z całą pewnością całe mnóstwo ludzi, których taka perspektywa szczególnie nie pociąga (w tym ja), lecz faktem pozostaje, że jedyny nasz kontakt z supermocami będzie pośredni, a odbywać się będzie za pośrednictwem medium, jakim są książki, filmy, komiksy, itd. Taką podróż w krainę technologii (bo tak jest w tym przypadku) przedstawia manga Akumetsu.

Najpierw parę słów o fabule, bo, chociaż nie będzie głównym przedmiotem mojego eseju, jest ona całkiem interesująca. Bohaterem naszej opowieści jest Shou Hazama, choć chyba bardziej adekwatne byłoby po prostu nazywanie go „Shou”. Shou, na pierwszy rzut oka znudzony swoim życiem i roztargniony nastolatek, w rzeczywistości należy do terrorystycznej organizacji Akumetsu (co tłumaczy się jako „niszczyciel zła”). Co bardzo charakterystyczne, organizacja ta składa się wyłącznie z klonów Shou. Każdy z nich ma rzecz jasna swoje własne imię, ale żaden nie jest jednostką w tym sensie, że stanowi efekt klonowania i ma wielu „braci”, z którymi w pewnym sensie dzieli świadomość. Nie jest to jednak świadomość grupowa, bowiem polega na tym, że w momencie śmierci świadomość każdego klona wraca do „źródła”, głównego komputera będącego „dyskiem twardym” gromadzącym wszystkie dane w mózgu poszczególnego Shou, co pozwala na stworzenie nowej, ulepszonej, bo posiadającej wiedzę, umiejętności i zdolności poprzednika, wersji klona. Innymi słowy, każdy Shou jest w pewnym stopniu „osobny”, jako że prowadzi oddzielną egzystencję od reszty, ale informacje przez niego posiadane gromadzone są na wspólnym „dysku”, który stanie się udziałem każdego nowego klona powstałego po zabiciu (samobójstwie) poprzedniego. Można więc stwierdzić, że Shou jest w pewnym stopniu nieśmiertelny.

środa, 3 kwietnia 2013

Powrót Szramy - mod do gry S.T.A.L.K.E.R.

S.T.A.L.K.E.R. (dalej jako „Stalker”, z powodów wiadomych) jaki jest, każdy widzi. Chyba najlepszym określeniem dla tej gry będzie po prostu: „gra z klimatem”, a dalsze rozważania wprowadzą tylko niepotrzebny zamęt. W języku angielskim mamy bardzo ładne słówko: „immersive”; z braku polskiego odpowiednika pozostaje mi używać słowa „klimatyczna” czy też „atmosferyczna”, co i tak lepsze od pisania, że „gra jest immersywna”. Innymi słowy, kluczowa jest atmosfera, atmosfera zagubienia, samotności, niepewności, a także specyficznej wolności i swobody, w czym udział ma fakt, że teren gry jest ogromny, a do zrobienia naprawdę dużo. Dla niektórych „naprawdę dużo” oznacza jednak „niewystarczająco dużo”, stąd popyt na mody. W przypadku Stalkera będą to mody specyficzne, a podstawowym kryterium sprawdzenia, czy projekt moda się powiódł, czy poniósł porażkę, będzie przyjrzenie się klimatowi i atmosferze rozgrywki pod względem podobieństwa do rozgrywki obecnej w podstawce Stalkera. Czy „Powrót Szramy” spełnia to kryterium? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie będzie taka łatwa, bo mod jest nieco schizofreniczny w tym znaczeniu, że zawiera elementy szczególnie ciekawe i przyciągające uwagę, jak i żenująco słabe, na naprawdę niskim (Solyankowym?) poziomie.

czwartek, 28 marca 2013

Magia, rasizm i władza w książce "Z mgły zrodzony" Brandona Sandersona

To nie będzie recenzja ani komentarz. Te formy w ogóle nie są dla mnie punktem odniesienia: jeśli ktoś chce przeczytać o książce, którą chcę omawiać, o jej fabule, bohaterach (całkiem interesujących, przy okazji) odsyłam do innego miejsca, bo tutaj nie znajdzie tego, czego szuka. Tekst poświęcony będzie jednak książce, lecz chciałbym ugryźć ją z dość specyficznej perspektywy: przyjrzeć się temu, co zdawałoby się ujęte na marginesach, choć cały czas obecne i odgrywające dużą rolę. Na warsztat wezmę książkę fantasy Z mgły zrodzony (Mistborn) Brandona Sandersona. Chociaż nie jest ona przeznaczona wyłącznie dla dorosłego widza, zawiera pewne bardzo dojrzałe, ciekawe kwestie, które szczególnej wartości nabierają w zestawieniu z doświadczeniami cywilizacji europejskiej i w świetle pewnych idei filozoficznych. Interesować mnie będą dwie podstawowe w fabule zagadnienia (z grzeczności zaznaczę tylko, że będą spoilery, co prawda nie duże, ale będą): magia i rasizm, których analiza będzie stanowić przyczynek do zarysowania (przy okazji, bardzo pobieżnego) wyłaniającego się z książki, lecz nigdy nie wyrażonego explicite nowego typu władzy, na który chciałbym spojrzeć po trosze z perspektywy Michela Foucaulta. Z oczywistych względów nie mógł on znaleźć się w pracach wspomnianego francuskiego filozofia: Foucaulta nie tyle nie interesowała fikcja (sam podział na fikcję i rzeczywistość był przecież dla niego cokolwiek wątpliwy), lecz przyglądał się on tym relacjom dominacji i hierarchii, które występowały przede wszystkim w Europie na przestrzeni dziejów. Nie ulega jednak wątpliwości, że sam słownik i koncepcja Foucaulta mogą tutaj znaleźć zastosowanie, zaznaczyć chcę tylko, że nie będzie to bardzo głęboka analiza. Nie tu na to miejsce.
środa, 20 marca 2013

Rewolucja własnościowa w libertarianizmie?

Bardzo ostatnio w libertariańskim półświatku toczy się całkiem ciekawa („całkiem”, bo nie dość ciekawa, żeby nazwać ją po prostu ciekawą) dyskusja dotycząca wolności i własności. Bierze w niej udział paru znanych libertarian, np. David Friedman, ale pierwsze skrzypce gra zdecydowanie Matt Zwolinski (i nie, nie wybrałem go dlatego, że jest najpewniej polskiego pochodzenia). Nie od dziś wiadomo, że Matt należy do najbardziej sensownych libertarian, jacy obecnie działają. Co więcej, Matt intensywnie bloguje, co stawia go w jeszcze lepszym świetle. W jednym ze swoich wpisów postawił bardzo istotny, szczególnie dla libertarian, który masowo wykazują pewne prehistoryczne tendencje, problem: czy własność zawsze przyczynia się do maksymalizacji wolności?

Nie chcę za bardzo wdawać się w szczegóły tej dyskusji ani jej referować – zainteresowani znajdą poniżej link do głównego artykułu i w razie potrzeby będą mogli sobie do niego zajrzeć. Interesuje mnie tutaj tylko jedna sprawa: Matt formułuje bardzo kontrowersyjną jak na libertarianina tezę. Chodzi mianowicie o jego stwierdzenie, że własność nie jest koniecznie związana z wolnością, co ma taką konsekwencję, że są takie aspekty własności, które nie są wolnościowe. Innymi słowy, libertariański ład własnościowy ma pewne koszty, które libertarianin powinien sobie uświadomić.
środa, 13 marca 2013

O znaczeniu Kevina Carsona


Tekst ten nie będzie traktować o myśli Carsona. Została ona wystarczająco dobrze i wyraźnie przedstawiona przez samego Carsona, którego artykuły zawzięcie tłumaczyłem przez ostatni miesiąc i którego książkę można cały czas pobrać na stronie carson.liberalis.pl. Chciałbym się tutaj przyjrzeć za to temu, co stanowi o istotności Carsona dla współczesnego ruchu libertariańskiego i temu, dlaczego to Carson stał się obiektem wałkowanym w tym miejscu ostatnimi czasy. Warto jednak zaznaczyć, że interesować mnie będzie przede wszystkim Carson z okresu Studies in Mutualist Political Economy i poruszający tematy związane z ekonomią polityczną właśnie, a nie jego późniejsze książki poświęcone teorii organizacji i mikroprzedsiębiorczości.

„Ekonomia polityczna” może wydać się staromodnym terminem. Wrażenie jak najbardziej poprawne – dziś zamiast mówić „ekonomia polityczna” powiemy raczej „teoria ekonomii” czy wręcz „ekonomia”. Carson stosuje jednak ten termin nie tylko dlatego, że odwołuje się do myślicieli dziewiętnastowiecznych (m.in. David Ricardo, Karol Marks, Thomas Hodgskin), ale przede wszystkim z tego powodu, że ekonomia polityczna to coś więcej niż po prostu ekonomia. Ekonomia to ekonomia – jedna z wielu dziedzin analizujących działania człowieka/mechanizmy produkcji lub wymiany/sposoby gospodarowania w obliczu rzadkości (niepotrzebne skreślić), ekonomia polityczna zaś sytuuje się niejako na styku różnych dziedzin nauki i przedmiotów refleksji. Nie tyle jest to jednak interdyscyplinarne ujęcie pewnych zagadnień, co ujęcie abstrahujące od poszczególnych dziedzin, będące poza samym podziałem, nie wewnątrz niego. Daje to ekonomii politycznej bardzo dużą siłę przebicia – bierzemy rozliczne wątki z ekonomii, socjologii, historii, filozofii, mieszamy je ze sobą, otrzymując właśnie dyscyplinę, którą nazwać można ekonomią polityczną.

wtorek, 5 marca 2013

Kevin Carson "Tayloryzm, progresywizm i rządy ekspertów"

Ruch progresywistów na przełomie XIX i XX w. – doktryna, z której wyrasta główny nurt współczesnego liberalizmu – bardzo często błędnie postrzega się jako filozofię „antybiznesową”. Była ona, bez wątpienia, antyrynkowa, ale w żadnym razie antybiznesowa. Progresywizm był bowiem – bardziej niż cokolwiek innego – menedżerski.
Gospodarka amerykańska po wojnie secesyjnej była coraz bardziej zdominowana przez wielkie przedsiębiorstwa. We „Freeman” pisałem wcześniej o roli państwa w rozwoju scentralizowanej gospodarki korporacyjnej. Zwróciłem uwagę na przyznawanie ziemi na tory i subsydiów, które przechyliły szalę na korzyść ogromnych, ogólnokrajowych firm wytwórczych („The Distorting Effects of Transportation Subsidies”, listopad 2010), oraz na system patentowy, który był podstawowym narzędziem konsolidacji i kartelizacji w wielu sektorach gospodarki („How‘Intellectual Property’ Impedes Competition”, paździenik 2009).
Te wielkie korporacje stanowiły przykład dla dużych agencji rządowych, których zadaniem było wspieranie i stabilizowanie gospodarki korporacyjnej, a później dla zbiurokratyzowanych uniwersytetów, scentralizowanych systemów nauczania i pewnych „profesjonalnych pomocników”, którzy mieli zarządzać „zasobem ludzkim”, jakim żywiły się korporacje i państwo. Te połączone systemy biurokratyczne wymagały potężnej klasy menedżerskiej, która mogłaby nimi zarządzać.
Jak twierdzi Rakesh Khurana z Harvard Business School (w From Higher Aims to Hired Hands), pierwsi korporacyjni zarządcy wywodzili się z inżynierii przemysłowej i uważali, że ich praca sprowadza się do świadczenia tej samej usługi całej organizacji, jaką wcześniej świadczyli dla produkcji w zakładzie pracy. Rewolucja menedżerów w wielkich korporacjach – pisze Khurana – była zasadniczo próbą zastosowania podejścia inżynieryjnego (narzędzia standaryzacji i racjonalizacji, procesy i systemy) do organizacji jako systemu.
środa, 27 lutego 2013

Kevin Carson: Krótka historia ludowa prawa posiadania broni

Od samego początku prawo posiadania broni – próba uregulowania posiadania środków samoobrony przez zwykłych ludzi – znajdowało się w bardzo bliskim powiązaniu z rządami klasowymi i państwem klasowym.
We wczesnej nowożytności w Anglii regulacja posiadania broni była nieodłączne od walki klas osiadłych i kapitalistycznego rolnictwa o ograniczenia dostępu klas robotniczych do niezależnych środków utrzymania z ziemi. Obejmowało to grodzenie terenów zalesionych, bagien i nieużytków – na których chłopi bezrolni i małorolni polowali na zwierzynę – na pastwiska dla owiec lub na ziemię uprawną, a także wykluczenie ludności z lasów na mocy prawa polowania (Game Laws) i zarezerwowanie prawa do polowania wyłącznie do szlachty.
W czasie, gdy niewolnictwo panowało na amerykańskim Południu, posiadanie broni było zakazane przez Black Codes, które odnosiły się do wolnych Murzynów. A po emancypacji, kiedykolwiek osiadła szlachta potwierdziła swoją władzę kosztem reżimu rekonstrukcyjnego, patrole sąsiedzkie pozbawiały byłych niewolników broni albo na podstawie Black Codes, albo z polecenia nieformalnych organizacji jak Ku Klux Klan.
To samo odnosi się do walki o prawa obywatelskie cały wiek później, po II wojnie światowej. Na terenach, gdzie aktywiści na rzecz praw obywatelskich powszechnie prowadzili działalność mającą sprzyjać samoobronie, znacząco przechylili równowagę sił na niekorzyść Klanu i innych rasistowskich ruchów głoszących swoją wersję sprawiedliwości. Liczne grupy samoobrony – np. Deacons for Defense and Justice (Diakoni na rzecz Obrony i Sprawiedliwości), których członkowie nie wahali się użyć karabinów i strzelb, żeby odpierać ataki białych samozwańczych grup obywatelskich w Luizjanie w latach 60. XX wieku – pomagały wyrównać stosunki sił między aktywistami praw obywatelskich a rasistami w wielu małych miastach na całym Południu.
piątek, 22 lutego 2013

Wywiad z Kevinem Carsonem na Isocracy

Czy mógłbyś na początek przedstawić, czym jest mutualizm, poczynając od pierwotnej definicji, jaką dał Proudhon, aż do dzisiejszych przykładów i Twojego wkładu w taką analizę ekonomii politycznej?
Cóż, po pierwsze, trzeba rozróżnić mutualizm rozumiany jako ogólna forma praxis oraz mutualizm jako teorię. Mutualistyczne praktyki (wspólnoty przyjacielskie, schroniska, gildie, pomoc wzajemna) są zapewne tak stare, jak sam gatunek ludzki. Proudhon, Owen, Warren i inni jedynie stworzyli ramy teoretyczne, które podkreśliły znaczenie takich form organizacji jako fundamentów społeczeństwa. Trochę tak jak gąsienica próbująca dociec, jak poruszała się do tej pory, lub jak człowiek, który z zaskoczeniem uświadomił sobie, że cały czas mówił prozą, a nie zdawał sobie z tego sprawy.
Jeśli o to chodzi, ważni myśliciele anarchistyczni, jak Kropotkin, zwracali uwagę na pomoc wzajemną i inne organizacje mutualistyczne, nie będąc w żadnym razie mutualistami. Kooperatywy i organizacje mutualistyczne były fundamentalne dla kontinstytucjonalizmu właściwego dla decentralistycznej lewicy w Stanach Zjednoczonych od lat 60., ale ich myśl nie jest również ściśle mutualistyczna.
W gruncie rzeczy, pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że większość istotnych przykładów praktyk mutualistycznych (ruch kooperatywów, waluty lokalne czy koncepcje alternatywnego kredytu, itd.) nie są wyraźnie ani świadomie mutualistyczne, jeśli chodzi o ideologie za nimi stojące.
Znam Prodhouna od ładnych paru lat, jego myśl jest tak bogata, a czasem pozornie wewnętrznie sprzeczna, że nadal mam obawy przed streszczaniem jej. Pokusiłbym się jednak o stwierdzenie, że w przybliżeniu jego program sprowadzał się do 1) zniesienia sztucznych praw własności do ziemi i sztucznej rzadkości kredytu tak, żeby klasa pracująca mogła zapewnić sobie tani dostęp do środków produkcji; i 2) zorganizowania gospodarki wokół zrzeszeń producentów. Oczywiście, Proudhon jest ważny jako założyciel anarchizmu jako całości i mutualizmu; a zatem te koncepcje w przetworzonej postaci wpłynęły w dużym stopniu na kolektywistyczne, komunistyczne i syndykalistyczne odmiany anarchizmu.
środa, 13 lutego 2013

Kevin Carson "Własność intelektualna. Libertariańska krytyka" fragment

„Własność intelektualna” jest formą przywileju, jednym z przykładów szerszej kategorii sztucznych praw własności.
Jak każda postać przymusu, sztuczne prawa własności tworzą sytuację o sumie zerowej, w której jedna strona korzysta kosztem drugiej. Między zyskiem jednej strony a stratą drugiej istnieje symetryczny związek. Podczas gdy naturalne prawa własności sprzyjają wszystkim, zabezpieczając roszczenia jednostki do produktu jej pracy, sztuczne prawa własności umożliwiają uprzywilejowanym pobieranie daniny z wysiłku innych. Naturalne prawa własności są sposobem na radzenie sobie z rzadkością, zaś sztuczne prawa własności tworzą rzadkość.
Rozróżnienie między naturalnymi a sztucznymi prawami własności jest analogiczne do podziału, jaki przeprowadził Albert Jay Nock na własność „stworzoną przez pracę” i własność „stworzoną przez prawo”. Gdyby nie zawłaszczenie ziemi przez prawo, dowodził Nock – tj. przekazanie niezajętej i nieuprawianej ziemi klasie uprzywilejowanej, która nie uzyskała jej poprzez pracę, ale pobierała daninę od tych, którzy ją zajmują – wyzysk ekonomiczny nie byłby możliwy. Patrząc z perspektywy historycznej, dopóki pracodawcy muszą działać w sytuacji łatwego samozatrudnienia, istnieje pewna dziedzina, w której ludzie nie muszą pracować za płacę, oraz pewna granica dla stopy zysku. Jak pytał Kropotkin:

poniedziałek, 4 lutego 2013

Kevin Carson "Subsydium historii"


Znaczna liczba komentatorów libertariańskich poruszyła problem ogromnej skali subsydiów i przywilejów, jakimi cieszy się wielki biznes, ich strukturalnego znaczenia dla istniejącej postaci korporacyjnego kapitalizmu oraz bliskiego powiązania interesów korporacji i państwa w obecnej państwowo-kapitalistycznej gospodarce. Zwracamy mniejszą uwagę, jednakże, na rolę przymusu państwowego, jaki występował w zamierzchłych czasach, w położeniu podwalin pod strukturalne fundamenty obecnego systemu. Zakres, w jakim dzisiejsza koncentracja bogactwa i władzy korporacji jest spuścizną przeszłej niesprawiedliwości, nazywam subsydium historii.
Pierwszym i zapewne najważniejszym subsydium historii jest kradzież ziemi, dzięki której większość chłopską pozbawiono jej praw własności i przekształcono w dzierżawców zmuszonych płacić czynsz oparty na sztucznych tytułach „własności” nadanych uprzywilejowanym przez państwo elitom.
Oczywiście, wszystkie te sztuczne tytuły nieoparte na zawłaszczeniu przez pracę są całkowicie nielegalne.
Jak zwrócił uwagę Ludwig von Mises w Socjalizmie, nigdy efektem normalnego funkcjonowania rynku nie będzie stan, w którym większość ziemi w kraju „posiadana” jest przez malutką klasę czynszowników, podczas gdy chłopska większość płaci czynsz za ziemię, na której pracuje. Kiedykolwiek taki stan się pojawi, będzie on nieodłącznym skutkiem przeszłego przymusu i rabunku.
Murray Rothbard w „Etyce wolności” następująco wyjaśnił niesprawiedliwość feudalnego systemu panowania:

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wielki powrót MK II

I znowu ta sama bajka - wracam do pisania bloga. :) Tym razem - mam nadzieję - trochę na dłużej niż ostatnio, tym bardziej, że zmienia się formuła bloga. Mam nadzieję, że na ciekawszą. Ze względu na chroniczny brak czasu rezygnuję z koncepcji (quasi)artykułów (quasi)naukowych; nie oznacza to jednak, że artykuły takie nie będą się pojawiać, jedynie tyle, że będą one się pojawiać rzadziej. Zgodnie z nową formułą posty będą mieć czasem postać notatek czy przemyśleń filozoficznych, a także pojawiać się będą notki poświęcone zupełnie innym zagadnieniom: mandze (anime) i grom komputerowym. W pierwszej kategorii chciałbym przyjrzeć się wątkom filozoficznym i literackim, jakie obecne są w mandze, a więc przyjmę perspektywę intertekstualną. W drugiej zaś interesować mnie będą nie gry AAA - o tych napisano bowiem już wystarczająco dużo, że nie ma sensu poświęcać im kolejnego bloga - lecz "produkcje" z gatunku tych mniej znanych: mody, gry indie oraz vaporware (gry, które nigdy się nie ukazały i zatrzymały się na etapie tzw. development hell). Mam nadzieję, że te dwa tematy poruszane na blogu - z jednej strony filozofia, a z drugiej manga/gry - nie będą się za bardzo gryźć, a drugiego bloga zakładać nie planuję (vide: brak czasu). Powstaje też profil facebookowy, żeby wszystko było bardziej w jednym miejscu i żeby łatwo było cokolwiek znaleźć: Blog Trikstera
Do tej pory nie udało mi się ani zespolić jej z blogiem, ani nawet wstawić odnośnika do fejsa na bloga, ale  być może w najbliższym czasie ulegnie to zmianie.
Zapraszam więc do lektury - na razie artykułów poprzednich :) - ale w najbliższym czasie (środa, jak sądzę) pojawi się pewien news, a potem zwykłe notki. A więc cliffhanger.

Polub blogaska

Wystąpił błąd w tym gadżecie.