środa, 13 czerwca 2012

Keith Preston "Wolna przedsiębiorczość - antidotum na korporacyjną plutokrację"


Niebezpieczeństwa selektywnego libertarianizmu
Polityczny libertarianin, w szerokim ujęciu, to ktoś, kto pragnie znacząco zmniejszyć rolę, jaką państwo odgrywa w życiu społecznym człowieka, żeby zmaksymalizować indywidualną wolność myśli, działania i zrzeszania się. Naturalnym następstwem libertariańskiego anty-etatyzmu jest obrona wolnego rynku w gospodarce. Wielu libertarian i wcale nie tak niewielu konserwatystów, przynajmniej w krajach anglosaskich, uważa się za zagorzałych zwolenników wolnej przedsiębiorczości. Jednakże, obrona ta jest często, delikatnie ujmując, selektywna i nieśmiała. Libertarianie i wolnorynkowi konserwatyści sprzeciwiają się państwowym przedsiębiorstwom, pomocy społecznej, państwowej opiece zdrowotnej, państwowym lub wspieranym przez państwo instytucjom edukacyjnym czy biurom i agencjom regulującym stosunki pracy, relacje między grupami rasowymi, etnicznymi i płciowymi lub wykorzystanie środowiska. Co ciekawe, w argumentacji wielu libertarian, konserwatystów i wolnorynkowych krytyków państwowej interwencji nie pojawia się całe mnóstwo sposobów, dzięki którym rządy pomagają, chronią lub nawet wprowadzają w życie porządek gospodarczy utrzymywany w interesie powiązanych politycznie z państwem plutokratycznych elit. Oczywiście, dostrzeżenie tego faktu dało lewicy pretekst do wyśmiania libertarian, określanych często, nie do końca eufemistycznie, „Republikanami biorącymi narkotyki“, „torysami popierającymi pederastie“ czy innymi sloganami.
Niektórzy zwolennicy wolnej przedsiębiorczości zapewne odpowiedzą na takie zarzuty oburzonym tonem, stwierdzając, że nie bronią państwowej pomocy dla bankrutujących korporacji czy subsydiowania korporacyjnych bytów dla rzekomego celu badań i rozwoju. Jednakże, taka obrona często nie docenia stopnia, w jakim państwo zniekształca rynek wyłącznie po to, żeby utrzymywać zdominowany przez korporacje porządek gospodarczy. Zniekształcenia takie są rezultatem nadmiaru interwencji, nie tylko w formie pomocy finansowej i subsydiów, ale również fikcji prawnych w postaci korporacyjnej „osobowości“, ograniczonej odpowiedzialności, rządowych kontraktów, pożyczek, gwarancji, nabywania dóbr, kontroli cen, regulacyjnych przywilejów, monopoli, ceł protekcyjnych, ochronnej polityki handlowej, praw upadłościowych, militarnych interwencji w celu zdobycia dostępu do międzynarodowych rynków i ochrony inwestycji zagranicznych, regulowania zrzeszania się robotników lub wręcz zabraniania im tego, wywłaszczeń, dyskryminacyjnego opodatkowania, ignorując przestępstwa korporacji i niezliczone inne formy państwowego faworyzowania i uprzywilejowania1.

Plutokratyzm i subsydium historii
Być może najbardziej efektywnym prezentem ofiarowanym przez państwo systemowi korporacyjnemu jest, jak nazywa to Kevin Carson, „subsydium historii”. Termin ten określa proces, w którym autochtoniczni mieszkańcy i właściciele ziemscy zostali pozbawieni własności podczas powstawania tradycyjnych, feudalnych społeczeństw i późniejszej transformacji feudalizmu w tak zwany „kapitalizm” czy korporacyjno-plutokratyczne społeczeństwa czasów dzisiejszych. Na przekór mitom, do których niektórzy się odwołują, wliczając w to wielu libertarian, ewolucja starego porządku feudalnego w kapitalizm nie była triumfem wolności nad przywilejami, ale raczej zastąpieniem starych przywilejów nowymi, bardziej wyrafinowanymi. Jak wyjaśnia Carson:

Parlament mógł znieść feudalizm i zreformować własność na dwa sposoby. Mógł uznać zwyczajowe prawa chłopstwa do ziemi jako rzeczywisty tytuł we współczesnym znaczeniu tego słowa, a następnie znieść płacone przez nich czynsze. Uczynił, jednakże, coś zupełnie przeciwnego: uznał sztuczne „prawa własności” osiadłej arystokracji według feudalnej teorii prawa za rzeczywiste prawa własności we współczesnym znaczeniu; klasom osiadłym przyznano pełny tytuł prawny, a chłopów przekształcono w dzierżawców według uznania, przy czym nie wprowadzono żadnych ograniczeń co do wysokości wymaganego czynszu.
(…)
W europejskich koloniach, gdzie mieszkało wielu miejscowych chłopów, państwa czasem przyznawały osiadłym elitom quesi-feudalne tytuły do pobierania czynszów od tych, którzy wcześniej zajmowali te tereny i uprawiali je; dobrym przykładem jest latifundismo, które istnieje w Ameryce Łacińskiej po dziś dzień. Innym przykładem może być brytyjska Afryka Wschodnia. Kolonialne władze ukradły najbardziej żyzne 20% Kenii, a chłopstwo rzecz jasna wywłaszczono, żeby biali osadnicy mogli wykorzystać ziemie na zasadzie pracy rynkowej (cash crop) (przy czym, oczywiście, korzystając z pracy wywłaszczonego chłopstwa, które pracowało na uprzednio posiadanej przez siebie ziemi). Jeśli chodzi zaś o tych, którzy pozostali na swojej własnej ziemi, „zachęcano” ich do wkroczenia na rynek płacowy za pomocą sztywnego podatku pogłównego, który trzeba było uiścić w gotówce. Pomnóżmy te przypadki o sto i otrzymamy jedynie wskazówkę co do wielkości rabunku na przestrzeni ostatnich 500 lat.
(…)
Właściciele fabryk nie pozostawali bez winy. Mises twierdził, że inwestycje kapitałowe, na których zbudowany został system fabryczny, pochodziły przeważnie od ciężko pracujących i zapobiegliwych pracowników, którzy oszczędzali swoje zarobki jako kapitał inwestycyjny. Tak naprawdę jednak byli oni młodszymi partnerami osiadłych elit, a większa część ich kapitału inwestycyjnego pochodziła albo od osiadłej oligarchii wigowskiej, albo z zamorskich owoców merkantylizmu, niewolnictwa i kolonializmu. W dodatku, fabrykanci polegali na surowych przepisach wprowadzonych przez państwo, żeby kontrolować siłę roboczą i obniżyć jej siłę przetargową. W Anglii prawa osiedleńcze (Laws of Settlement) służyły jako rodzaj wewnętrznego systemu paszportowego, uniemożliwiając robotnikom przemieszczanie się bez pozwolenia państwa z gminy, w której się urodzili. Robotnicy nie mogli więc „głosować stopami” w poszukiwaniu lepiej płatnych prac. Można by pomyśleć, że działało to na niekorzyść pracodawców w obszarach cierpiących na brak siły roboczej, jak Manchester i inne tereny uprzemysłowionej Północy. Nie było się jednak czego obawiać: państwo przybyło fabrykantom na ratunek. Jako że zakazano robotnikom migracji w poszukiwaniu lepszej płacy, pracodawców zwolniono z obowiązku oferowania płac wystarczająco wysokich, żeby zachęcić wolnych ludzi; zamiast tego mogli oni „zatrudnić” robotników wystawionych na licytację przez gminę na mocy ustawy o prawach biednych (Poor Laws), przy czym warunki tego „zatrudnienia” wynikały ze zmowy między władzami a fabrykantami 2.



Państwo Salwador w Ameryce Środkowej stanowi wspaniałe studium przypadku, które pomoże wskazać jak doszło do tego, że pojawił się „faktycznie istniejący kapitalizm”. Autochtoniczna ludność Salwadoru zwana Indianami Pipil została podbita we wczesnym XVI w. przez hiszpańskich konkwistadorów. Aż do 1821 r. Salwador nie ogłosił niepodległości od Hiszpanii, a w 1839 r. stał się niezależnym państwem. System własności ziemi w społeczeństwie salwadorskim był jeszcze pod koniec XVIII w.ze swej istoty komunalny z prawami własności przyznanymi poszczególnym miastom i wsiom pipilskim. Głównymi produktami rolnymi produkowanymi przez chłopów były bydło, indygo, kukurydza, fasola i kawa. Indianie Pipil praktykowali specyficzny rodzaj kolektywnego samozatrudnienia.

W miarę jak międzynarodowy rynek kawowy rozszerzał się, niektórzy spośród zamożniejszych i potężniejszych handlarzy i właścicieli ziemskich zaczęli wywierać nacisk na rząd Salwadoru, żeby podjął interwencję w strukturę gospodarczą narodu w taki sposób, który przyspieszyłby akumulację osobistego bogactwa dzięki ustanowieniu większych, prywatnych plantacji z bardziej kontrolowaną siłą roboczą. W konsekwencji rząd zaczął niszczyć tradycyjny system praw własności kultywowany przez miasta i wsie, żeby ustanowić pojedyncze plantacje posiadane przez tych członków klasy uprzywilejowanej, którzy posiadali już środki uzyskania kredytu. Zmianę tę wprowadzono paroma krokami. W 1846 r. właścicieli ziemskich posiadających ponad 5 tysięcy krzaków kawy zwolniono z płacenia ceł eksportowych na 7 lat oraz z płacenia podatków na 10 lat. Plantacje posiadane przez rząd salwadorski przekazano także związanej z nim politycznie elicie. W 1881 r. zniesiono komunalne prawa do ziemi, jakie Indianie Pipil posiadali przez stulecia, przez co podkopano samowystarczalność Indian. Rząd odmawiał wtedy przyznawania nawet działek ledwo pozwalających na utrzymanie, gdyż rząd salwadorski znajdował się pod całkowitą kontrolą wielkich plantatorów. Te eskalujące represje gospodarcze spotkały się z poważnym oporem, czego dowodem niech będzie pięć oddzielnych rebelii chłopskich, jakie miały miejsce pod koniec XIX w. Do połowy XX stulecia salwadorskie plantacje kawy, zwane fincas, produkowały 95% krajowych towarów eksportowych, a kontrolowała je mała oligarchia rodzin posiadaczy ziemskich3.



Państwo i kontrola kapitału

Wyrażenie „środki uzyskania kredytu” z poprzedniego akapitu jest szczególnie istotne, jako że celem państwowej kontroli nad bankowością i emisją pieniądza jest zawężenie ograniczenie dostępności do kredytu, co z kolei sprawia, że działalność przedsiębiorcza jest niedostępna dla większej części społeczeństwa. W rzeczy samej, Murray Rothbard dowodził, że bankierzy jako klasa „ze swej natury zwracają się ku etatyzmowi”4, gdyż zazwyczaj uczestniczą w nierozsądnych praktykach, jak system rezerw częściowych, co w konsekwencji prowadzi do apeli o pomoc od państwa, bądź też czerpią znaczną część swoich zysków z bezpośrednich transakcji z państwem, jak np. gwarantowanie obligacji państwowych. W związku z tym klasa bankierów staje się finansowym ramieniem państwa, nie tylko zabezpieczając działania państwa, jak wojny, grabieże i represje, lecz także tworząc i utrzymując plutokrację biznesmenów, producentów, politycznie powiązanych elit i innych, którzy mają dostęp do ściśle ograniczonej podaży kredytu w kontekście zaburzeń rynkowych generowanych przez państwowy monopol pieniężny5.

Opisaliśmy już pokrótce proces, dzięki któremu „kapitalizm” powstał w postaci, w jakiej jest on praktykowany we współczesnych państwach: w wyniku współdziałania państwa i kapitału, a nie dzięki prawdziwemu wolnemu rynkowi. Pozostaje jeszcze kwestia tego, jak stosunki te wyglądały na przestrzeni ostatnich dwustu lat. Dokonana przez Gabriela Kolko wybitna analiza związków między państwem a kapitałem doszukuje się rozwoju tej symbiozy w „kompleksie torów państwowych” w Ameryce w połowie XIX w. poprzez rzekome reformy tzw. ery progresywnej aż do centralizacji pracy, przemysłu i rządu w Nowym Ładzie Roosevelta6. W każdym z tych etapów rozwoju amerykańskiego kapitalizmu państwowego członkowie „klasy kapitalistycznej” – bankierzy, przemysłowcy, producenci, biznesmeni – nieugięcie forsowali i byli bezpośrednio zaangażowani w powstanie zarządzanej przez państwo gospodarki, która miała chronić ich przed mniejszymi, mniej uwikłanymi politycznie konkurentami, kooptować związki zawodowe i stanowić źródło monopolistycznej protekcji i bezkosztowego zysku dzięki państwu. Podobne, jeśli nie identyczne zjawiska możemy uświadczyć w rozwoju państwowego kapitalizmu w innych współczesnych państwach7.

W rzeczy samej, możemy przeprowadzić paralelę między strukturami współczesnego kapitalizmu państwowego i historycznego feudalizmu. Od pełnych wieków średnich państwo przestało utożsamiać się z konkretną osobą lub grupą osób i stało się korporacyjnym bytem posiadającym życie i tożsamość oddzielone od poszczególnych jego członków8. Z tego procesu transformacji od rządów osobistych do rządów korporacyjnych, ewolucji systemu państwowo-kapitalistycznego uprzywilejowania, które zastąpiło przywileje feudalne, coraz większego współdziałania i współzależności między elitą plutokratyczną a sługusami państwa oraz coraz większej integracji zorganizowanej siły roboczej, politycznych grup interesów i bezprecedensowej ekspansji sektora publicznego, wyłonił się porządek polityczno-gospodarczy, który możemy określić mianem „nowej gospodarki dominialnej” (new manorialism). „Nowymi panami” są liczne byty biurokratyczne, które posiadają swoją własną tożsamość instytucjonalną, chociaż ich skład osobowy może się zmieniać z czasem, oraz które istnieją głównie w celu dalszego istnienia, niezależnie od pierwotnych celów, dla których rzekomo je ustanowiono. „Nowi panowie” mogą obejmować byty instytucjonalne, które funkcjonują jako de iure ramiona państwa, jak urzędy regulacji, policja i inne agencje „egzekwowania prawa”, zarządzane przez państwowo departamenty pomocy społecznej i edukacji, a także de facto ramienia państwa, jak banki i korporacje, których uprzywilejowana pozycja, a w rzeczy samej których samo istnienie, jest zależne od interwencji państwa9.

Z tego krajowego porządku państwowo-kapitalistycznego wyłonił się wszechogarniający porządek międzynarodowy, którego fundamentem była wysoka pozycja amerykańskiej klasy państwowo-kapitalistycznej i jej młodszych partnerów pochodzących z mniej rozwiniętych państw. Hans Hermann Hoppe tak opisuje ten układ:



Co więcej, z globalnego punktu widzenia ludzkość zbliżyła się bardziej niż kiedykolwiek do ustanowienia rządu światowego. Nawet przed upadkiem Imperium Radzieckiego Stany Zjednoczone osiągnęły status hegemona w Europie Zachodniej (…) i wśród państw basenu Oceanu Spokojnego (…), na co wskazuje obecność amerykańskich żołnierzy i baz wojskowych (…) [oraz] rola dolara amerykańskiego jako ostatecznej międzynarodowej waluty rezerwowej i amerykańskiej Rezerwy Federalnej jako ostatniego „pożyczkodawcy” rzędu i organizacji zapewniającej płynność dla całego zachodniego systemu bankowego, a także istnienie takich instytucji, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy i (…) Światowa Organizacja Handlu. W dodatku, za amerykańskiej hegemonii następowała coraz dalej posuwająca się integracja Europy Zachodniej. Wraz z powstaniem ostatnimi czasy Europejskiego Banku Centralnego i europejskiej waluty (EURO), Wspólnota Europejska jest bliska finalizacji.

Jednocześnie, wraz z Północnoamerykańskim Układem Wolnego Handlu (NAFTA) powzięto istotny krok ku politycznej integracji kontynentu amerykańskiego. W wyniku upadku Imperium Radzieckiego i ustania zagrożenia militarnego z jego strony, Stany Zjednoczone stały się jedynym i bezdyskusyjnym mocarstwem na świecie i jego „głównym policjantem”10.


Przywileje od państwa i „wielki biznes”
Właśnie to zgotował nam „wielki biznes”. Taki międzynarodowy porządek imperialistyczny jest tak daleki od libertariańskich zasad małego państwa i wolnej przedsiębiorczości, jak cokolwiek tylko może być. Do tej pory w rozważaniach poruszony został tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest zniekształcenie naturalnych procesów rynkowych w wyniku interwencji państwa i odpowiedniego systemu korporacyjnej i plutokracyjnej władzy. Nie wspomina się o monopolistycznych przywilejach w postaci praw patentowych i „własności intelektualnej”. Nie analizuje się roli subsydiów transportowych w centralizacji bogactwa i zniszczeniu mniejszych konkurentów „wielkiego biznesu”. W rzeczy samej, można bardzo zasadnie dowodzić, że bez bezpośrednich i pośrednich subsydiów takich systemów transportu, jak transport powietrzny, wodny czy długodystansowy lądowy, które są nieodzowne dla utrzymania rynków rozłożonych na wielkich obszarach geograficznych, obecna dominacja, jaką cieszą się na detalicznych i komercyjnych rynkach żywieniowych tak monstrualne organizacje jak Wal-Mart, McDonald's, Tesco czy inne byłaby niemożliwa11. Nie rzuca się wyzwania konwencjonalnym poglądom dotyczącym legitymacji tytułów ziemskich w przeciwieństwie do stanowisk heterodoksyjnych, jak tych zakorzenionych w zasadach usufructu czy Georgizmu12. Nie dyskutowano o roli państwa w powstaniu podklasy we współczesnych społeczeństwach ani o powiązanych patologiach społecznych, sytuacji, której korzeni możemy upatrywać znacznie głębiej niż w „kulturze zależności” opłakiwanej przez zwykłych konserwatystów i niektórych libertarian13. Przebąkiwano o roli państwa w wywłaszczeniu autochtonicznej ludności w okresie wczesnego kapitalizmu na Zachodzie i we współczesnych Trzecim Świecie, lecz wywłaszczenia takie mają miejsce nawet w nowoczesnych społeczeństwach14.

Prawdziwy libertarianizm: przeciwko statusowi quo
Implikacje tych poglądów dla strategii libertariańskiej są w rzeczy samej ogromne. Jeśli libertarianizm ma być utożsamiany w społeczeństwie i wśród laików jako apologia korporacyjnego statusu quo i jeśli libertarianie zachowują się tak, jakby „konserwatywni” zwolennicy wielkiego biznesu byli ich naturalnymi przyjaciółmi, upierając się, że libertariański świat byłby rządzony przez organizacje pokroju Boeinga, Halliburtona, Tesco, Microsoftu czy Duponta, to libertarianizm nigdy nie będzie czymś więcej niż mizernym dodatkiem do ideologicznej struktury, którą dominujące klasy intelektualistów wykorzystują do legitymizacji plutokratycznej władzy15. Jednakże, jeśli libertarianizm przedstawi się jako nowy radykalizm, całkowite przeciwieństwo sprzyjającego plutokracji „konserwatyzmu”, jako doktryna bardziej radykalna niż cokolwiek, co jest oferowane przez coraz bardziej dogorywającą i archaiczną lewicę, to libertarianizm może równie dobrze zainspirować nowe pokolenia bojowników, żeby za swój cel powzięli status quo. Libertarianizm może stać się przewodnim systemem myślenia dla radykałów i reformatorów takim, jak liberalizm był w XVIII i XIX w., a socjalizm dla późniejszych pokoleń16.

Jak mogłaby wyglądać gospodarka libertariańska?
Jeśli chodzi o pytanie, jak wyglądałaby gospodarka niepoddana władzy państwa, korporacji i plutokracji, możemy spodziewać się, że nałożone przez państwo bariery dla otrzymania kredytu, przedsiębiorczości, gospodarczej samowystarczalności (w przeciwieństwie do zależności od państwa i korporacyjnej biurokracji w zatrudnieniu, ubezpieczeniu i pomocy społecznej), zanikną, co doprowadzi do realizacji ideału „samozatrudnionego” społeczeństwa Colina Warda17. Przeciętny człowiek nie będzie już zależny od Chase Manhattan [amerykański bank – przyp. tłum.], Home Depot [amerykańska sieć hipermarketów – przyp. tłum.], General Motors, Tesco czy Texaco, jeśli chodzi o środki utrzymania. Zamiast tego będzie miał środki, żeby prowadzić samowystarczalne życia we wspólnocie równych, w którym przywilej jest wynikiem zasług, a równa wolność jest niepodważalnym prawem wszystkich.
Na początku XX w. działało wiele ruchów, które głosiły niezależność małych producentów i wspólny zarząd wielkimi przedsiębiorstwami; obejmowały one anarchosyndykalizm na skrajnej lewicy aż do dystrybutyzmu na reakcyjnej, katolickiej prawicy18. Tendencje te są wciąż obecne na skrajach spektrum politycznego i gospodarczego. Nie każdy musi zgadzać się z całością analizy lub każdą propozycją wysuwaną przez te szkoły, żeby zauważyć u nich wizjonerskie aspekty libertariańskie. Zaś obecnie istnieją liczne gospodarcze porządki, które mogą przedstawiać w przybliżeniu, jak mogłyby wyglądać instytucje produkcyjne w popaństwowym, postplutokratycznym społeczeństwie.
Jednym z nich jest spółdzielnia Mondragon, kolektyw posiadanych i zarządzanych przez robotników przemysłów wywodzących się z kraju Basków w Hiszpanii. Istniejąca od 1941 r. spółdzielnia Mondragon początkowo ustanowiła „bank ludowy” taki, jaki pierwotnie obmyślił ojciec chrzestny klasycznego anarchizmu, Pierre Joseph Proudhon19, w celu rozwoju większej liczby przedsiębiorstw, których obecnie jest ponad 150, wliczając w to Uniwersytet Mondragonu. Jeśli chodzi o dział supermarketów jest ona trzecim największym detalistą w Hiszpanii i największym hiszpańskim sieciowym sklepem spożywczym. Każdy poszczególny kooperatyw posiada swoją własną radę robotniczą, a cała federacja jest zarządzana przez kongres robotników z różnych przedsiębiorstw20.
Kolejnym całkiem interesującym przykładem jest brazylijska firma Semco. Jakkolwiek stanowiąca własność prywatną jako przedsiębiorstwo rodzinne, Semco praktykuje formę radykalnej demokracji przemysłowej. Za dyrekcji Ricardo Semlera, który odziedziczył firmę od ojca, Semco utrzymuje strukturę zarządzania, w której robotnicy mogą sami się zarządzać i ustanawiać swoje własne cele produkcyjne i budżetowe, z wynagrodzeniem zależnym od produktywności, wydajności i opłacalności. Robotnicy otrzymują 25% zysków z ich oddziału. W zasadzie usunięto średni szczebel zarządu. Robotnicy mają prawo zawetować wydatki firmowe. Co więcej, obowiązki pracownicze często przechodzą z osoby na osobę według schematu rotacyjnego, a nawet pozycję CEO dzieli sześć osób, wliczając w to właściciela Semlera, którzy pełnią swoją funkcję w sześciomiesięcych kadencjach. Firma posiada ponad 3 tysiące pracowników, roczny przychód ponad 200 mln dolarów oraz stopę wzrostu w wysokości 40% każdego roku21.
Gospodarka zorganizowana na bazie posiadanych i zarządzanych przez robotników przedsiębiorstw, banków ludowych i mutualistycznych, kooperatywów konsumenckich, syndykalistycznych związków zawodowych, firm rodzinnych i osobistych, związków małych gospodarstw rolnych i rzemiosł na poziomie lokalnym, dobrowolnych instytucji samopomocy, funduszy ziemi (land trusts), lub dobrowolnych kolektywów, komun czy kibuców może wydać się co niektórym mało prawdopodobna, lecz nie bardziej, a zapewne mniej niż współczesna zindustrializowana gospodarka wysokiej technologii, w której klasą rządzącą jest klasa handlarzy, a klasa robotnicza jest często zamożną klasą średnią, wydałaby się mieszkańcom feudalnych społeczeństw ery przednowożytnej. Jeśli rozprzestrzenienie się gospodarki rynkowej, specjalizacja, podział pracy, uprzemysłowienie i postęp technologiczny mogą wyplenić we współczesnych społeczeństwach choroby, głód, umieralność noworodków i przedwczesną śmierć, możemy tylko zastanawiać się, co mógłby osiągnąć system rzeczywistej wolnej przedsiębiorczości i co byłby osiągnął, gdyby nie bicz etatyzmu i plutokracji.

Przypisy:
1Kevin A. Carson, Niewidzialna ręka czy żelazna pięść?, http://liberalis.pl/2007/04/04/kevin-carson-niewidzialna-reka-czy-zelazna-piesc/
2Kevin A. Carson, The Subsidy of History, „The Freeman”, t. 58, nr 5, czerwiec 2008.
3Raymond Bonner, Weakness and Deceit: U.S. Policy and El Salvador, New York, Times Books, 1984, s. 19- 23.
4Murray N. Rothbard, Wall Street, Banks and American Foreign Policy, „World Market Perspective”, 1984.
5Rothbard, tamże; Kevin A. Carson, Wielka czwórka Tuckera: monopol pieniężny [w:] Ekonomia polityczna mutualizmu, http://carson.liberalis.pl/; Hans Hermann Hoppe, Banking, Nation-States and International Politics: A Sociological Reconstruction of the Present Economic Order [w:] The Economics and Ethics of Private Property, Boston/Dordrecht/London, Kluwer Academic Publishers, 1993, s. 61-92; Benjamin R. Tucker, Part II: Money and Interest [w:] Instead Of A Book, By A Man Too Busy To Write One, 1897, na: http://fair-use.org/benjamin-tucker/instead-of-a-book/.
6Gabriel Kolko, The Triumph of Conservatism, MacMillan, 1963.
7Terry Arthur, Free Enterprise: Left or Right? Neither!, London, Libertarian Alliance, 2004.
8Martin Van Creveld, The Rise and Decline of the State, Cambridge University Press, 1999.
9James Burnham, The Managerial Revolution: What Is Happening in the World, Greenwood Press, Reprint, 1972. Ta klasyczna praca napisana w duchu konserwatywnym dowodzi, że współczesne społeczeństwa nie są ani „kapitalistyczne”, ani „socjalistyczne” w znaczeniu, w jakim terminy te były historycznie rozumiane. Zamiast tego wyłonił się nowy porządek polityczno-gospodarczy, w którym władza polityczna i gospodarcza sprawowana jest przez „klasę menedżerską” złożoną z biurokratów zarządzających licznymi organizacjami rządowymi oraz ich biurami i agencjami, korporacjami, instytucjami finansowymi, armiami, partiami politycznymi, związkami zawodowymi, uniwersytetami, mediami, fundacjami, itp. Członkostwo w wyższych warstwach tych bytów jest często rotacyjne pod tym względem, że wiele jednostek przechodzi z różnych sektorów klasy menedżerskiej, przykładowo ze stanowisk wybieralnych w rządzie do korporacyjnego zarządu spółki aż do kluczowych stanowisk w mediach lub od elitarnych fundacji do mianowanych stanowisk w biurokracji.
10Hans Hermann Hoppe, Democracy: The God That Failed, New Brunswick and London, Transaction Publishers, 2001, s. 108-109 (wyd. polskie: Demokracja. Bóg, który zawiódł, Warszawa: Fijorr Publishing 2006).
11Kevin A. Carson, Subsydia transportowe, rozdz. 5, http://carson.liberalis.pl/.
12Wśród antypaństwowych radykałów istnieje całkiem duża różnica poglądów, jeśli chodzi o sposób, w jaki należy zdefiniować prawa własności do ziemi. Większość „mainstreamowych” libertarian utrzymuje pewną odmianę Locke'owskich praw własności, podczas gdy bardziej radykalni libertarianie (mutualiści, syndykaliści, anarchokomuniści) razem z niektórymi dystrybutystami dowodzą, że prawa własności trzeba zdefiniować zgodnie z zasadami zajmowania i użytkowania. Jeszcze inni przychylają się do poglądów Henry'ego George'a (geoizm lub geolibertarianizm), zgodnie z którymi własność ziemska powinna być poddana podatkowi od wartości ziemi. Po rozważania o tym sporze wśród libertarian, zob. Kevin A. Carson, Wielka czwórka Tuckera: monopol ziemski, rozdz. 5, http://carson.liberalis.pl/. Carson podsumowuje tę kwestię gdzie indziej: „W rozdziale V Mutualistycznej ekonomii politycznej zawarłem szerokie rozważania poświęcone teorii praw własności, które w znacznym stopniu opierały się na komentarzach Billa Ortona z rozmaitych forów. Zgodnie z tym, co uważa Orton, żadna teoria praw własności nie może być logicznie wywiedziona z aksjomatu samoposiadania. Trzeba raczej stwierdzić, że samoposiadanie może wchodzić w kontrakt z wieloma matrycami praw własności, żeby w rezultacie dać alternatywne porządki gospodarcze w społeczeństwie bezpaństwowym. A więc zgodne z prawem posiadanie ziemi poddane jest zasadom Locke'owskim, mutualistycznym, Georgistowskim czy syndykalistycznym jest kwestią lokalnej konwencji. Sprawy związane z przemocą można rozwiązać dopiero wtedy, gdy rozwiąże się tę kwestię. A jako że nie ma zasady a priori, z której można by wydedukować konkretny zestaw praw własności, możemy wybierać między nimi wyłącznie ze względu na ich konsekwencjalistyczne implikacje: jakim ważnym wartością sprzyjają, a jakie hamują? Można więc łatwo sobie wyobrazić, że niezbywalne, nierynkowe udziały w kolektywnie posiadanym przedsiębiorstwie mogą zależeć nie od umowy między członkami, lecz od konwencji we wspólnocie lokalnej co do praw własności. Twierdzenie, że taki porządek jest 'przymusowy', zakłada od razu, że Locke'owskie zasady dla pierwotnego wejścia w posiadanie i transferu własności są jedynymi oczywistymi zasadami”. Kevin A. Carson, Socialist Definitional Free-for-All, Part I, http://mutualist.blogspot.com/2005/12/socialist-definitional-free-for-all.html.
13Nie ma wątpliwości, że znaczna część konserwatywnej krytyki państwa dobrobytu za stworzenie sztucznych bodźców dla antyspołecznych zachowań, jak np. dysfunkcja rodziny, przestępczość czy zniesienie etyki pracy, są poprawne i wnikliwe. A jednak wiele patologii społecznych związanych z podklasami społeczeństwa w amerykańskich i europejskich miastach można sprowadzić do szkodliwej interwencji państwa wykraczającej poza konwencjonalne systemy pomocy społecznej. Wiele prac zarówno libertarian, jak i nie-libertarian udokumentowało proces, dzięki któremu liczne, dalekosiężne interwencje, większość z których miała na celu sprzyjanie interesom plutokracji, zniszczyły organiczne społeczne, gospodarcze i kulturowe życie. Zob. Kevin A. Carson, Reparations: Cui Bono?, http://mutualist.org/id9.html; Charles Johnson, Scratching By: How Government Creates Poverty As We Know It, „The Freeman”, t. 57, nr 10, December 2007; Keith Preston, The Political Economy of the War on Drugs, http://attackthesystem.com/the-politicial-economy-of-the-war-on-drugs; Thomas J. Sugrue, The Origins of the Urban Crisis: Race and Inequality in Postwar Detroit, Princeton University Press, 1996/2005; Walter E. Williams, The State Against Blacks, McGraw-Hill, 1982.
14Por. James Bovard, Farm Fiasco, ICS Press, 1989, and Joel Dyer, Harvest of Rage, Westview Press, 1997, jeśli chodzi o pouczające rozważania o roli państwowej interwencji w wywłaszczeniu autochtonicznej rolniczej ludności w sercu Ameryki w latach 80. i 90. XX w.
15Rola klasy intelektualistów zarówno jako nieodłącznego elementu etatyzmu, jak i jako twórców ideologicznej superstruktury etatyzmu stanowi przedmiot analizy Hansa Hermanna Hoppe, Natural Elites, Intellectuals and the State, http://mises.org/story/2214. Oczywiście, pojęcie ideologicznej superstruktury stosowane, żeby legitymizować konkretny system rządów klasowych, jest najbliżej związane z analizą marksistowską. Jeśli chodzi o różnice, jak i podobieństwa między marksistami a libertarianami, zob. Hans Hermann Hoppe, Analiza klasowa: marksizm a Szkoła Austriacka, http://mises.pl/blog/2004/05/16/108/.
16Murray Rothbard uznawał, że libertarianie są na dalekim lewym krańcu spektrum politycznego, a „konserwatyści”, tj. zwolennicy autorytarnego porządku społecznego opartego na hierarchii, statusie i przywileju (oraz uzasadnianego przez odwołania do tradycji) na dalekim prawym krańcu, zaś marksiści i inni socjaliści mieli stanowić niespójną środkową pozycję. Zob. Murray N. Rothbard, Left and Right: The Prospects for Liberty, Cato Institute, 1979. Przeprowadzona przez lewicowego anarchistę, Larry'ego Gambone'a, wyczerpująca analiza poglądów wczesnych socjalistów wskazuje, że pierwotnym celem socjalizmu nie było państwowe zarządzanie gospodarką, z czym socjalizm obecnie jest kojarzony, lecz gospodarka oparta na zdecentralizowanych kooperatywach. Zob. Larry Gambone, The Myth of Socialism as Statism, http://porkupineblog.blogspot.com/2006/05/myth-of-socialism-as-statism.html.
17Colin Ward, A Self-Employed Society [w:] Anarchy In Action, London, Freedom Press, 1982, s. 95-109.
18Rudolf Rocker, Anarcho-Syndicalism, Martin Secker and Warburg, Ltd., 1938; Hilaire Belloc, The Servile State, The Liberty Fund, pierwotnie wydane w 1913; G. K. Chesterton, The Outline of Sanity, HIS Press, 2002, originally published in 1927; Anthony Cooney, Distributism, Third Way Movement Ltd., 1998.
19Larry Gambone, Proudhon and Anarchism: Proudhon’s Libertarian Thought and the Anarchist Movement, Red Lion Press, 1996. 
20William Whyte, Making Mondragon: The Growth and Dynamics of the Worker Cooperative Complex, ILR Press, 1991.
21Ricardo Semler, Maverick, Arrow Press, 1993. 

Źródło:

16 komentarze:

Anonimowy pisze...

"Niektórzy zwolennicy wolnej przedsiębiorczości zapewne odpowiedzą na takie zarzuty oburzonym tonem, stwierdzając, że nie bronią państwowej pomocy dla bankrutujących korporacji czy subsydiowania korporacyjnych bytów dla rzekomego celu badań i rozwoju. Jednakże, taka obrona często nie docenia stopnia, w jakim państwo zniekształca rynek wyłącznie po to, żeby utrzymywać zdominowany przez korporacje porządek gospodarczy. Zniekształcenia takie są rezultatem nadmiaru interwencji, nie tylko w formie pomocy finansowej i subsydiów, ale również fikcji prawnych w postaci korporacyjnej „osobowości“, ograniczonej odpowiedzialności, rządowych kontraktów, pożyczek, gwarancji, nabywania dóbr, kontroli cen, regulacyjnych przywilejów, monopoli, ceł protekcyjnych, ochronnej polityki handlowej, praw upadłościowych, militarnych interwencji w celu zdobycia dostępu do międzynarodowych rynków i ochrony inwestycji zagranicznych, regulowania zrzeszania się robotników lub wręcz zabraniania im tego, wywłaszczeń, dyskryminacyjnego opodatkowania, ignorując przestępstwa korporacji i niezliczone inne formy państwowego faworyzowania i uprzywilejowania."


To prawda. Tyle, że część wymienionych spraw nie jest wcale taka oczywista. Libertarianin generalnie nie atakuje korporacyjnego modelu jako takiego, bo NIE WIE jak bardzo od tego co jest dzisiaj, różniłby się on bez obecności państwa. Ale akurat w przypadku

"rządowych kontraktów, pożyczek, gwarancji, nabywania dóbr, kontroli cen, regulacyjnych przywilejów, ceł protekcyjnych, ochronnej polityki handlowej, praw upadłościowych, militarnych interwencji w celu zdobycia dostępu do międzynarodowych rynków i ochrony inwestycji zagranicznych"

takiego problemu nie ma, przynajmniej w Polsce tego nie zauważyłem. Ludzie zdają sobie sprawę, że sklepikarz ze spożywczaka na rogu takich forów ze strony państwa nie ma, więc są to ewidentnie preferencyjne warunki, jakie tworzy państwo.

Ale już w przypadku "regulowania zrzeszania się robotników lub wręcz zabraniania im tego" trudno cokolwiek wyrokować czy też krytykować obecny stan rzeczy, bo nie wiadomo, czy na rynku bez państwa, podmioty na nim, same by tego nie robiły, gdzieniegdzie może w jeszcze bardziej restrykcyjny sposób.

Krótko mówiąc, ja się akurat w tej kwestii libertarianom nie dziwię. Interwencja państwa w tej dziedzinie jest tak wielka, że ludzie do końca nie wiedzą jak będzie ona wyglądała bez niej.

Wprawdzie jest jakiś Carson czy właśnie Preston, którzy starają się tego dociekać, ale do ich prób też należy podchodzić z rezerwą.

Bo czy korporacje, zwłaszcza te teleinformatyczne w libertariańskiej gospodarce, wcale by nie powstały? Na ile taki Facebook rózniłby się od tego obecnego? Ile zawdzięcza państwu?

Dlatego o ile jeszcze czytam u Carsona o klientach jako surowcu dla biznesu czy innych instytucji (na przykład edukacji), to jest jeszcze OK, ale czy korporacje są w całości dziedzictwem etatyzmu, co do tego mam poważne wątpliwości. I z tego powodu nie przyłączam się do nagonki na takowe, bo może istnieć jakaś ich część, nie zasługująca na moją krytykę. Zwyczajnie nie wiem do jakiego stopnia wielki biznes jest uzależniony od państwa i stracony dla wolnościowców.

Jak sądzę, większość libertarian tego nie wie, więc korporacyjnego ładu nie krytykuje, by nie wylać przypadkiem dziecka z kąpielą.

Trikster pisze...

Libertarianin nie wie także, jak bardzo rzeczywistość różniłaby się bez państwa (choć ja stoję na stanowisku, że państwa nie może nie być). Czy jest to powód, żeby nie atakować państwa?
Skąd niby libertarianin miałby wiedzieć, czy w społeczności bez państwa nie będzie "rządowych kontraktów, pożyczek, gwarancji, nabywania dóbr, kontroli cen, regulacyjnych przywilejów, ceł protekcyjnych, ochronnej polityki handlowej, praw upadłościowych, militarnych interwencji w celu zdobycia dostępu do międzynarodowych rynków i ochrony inwestycji zagranicznych"? Skąd pewność, że najpotężniejsze podmioty gospodarcze w społeczności bez państwa będą przestrzegać libertariańskiego widzimisię i np. nie nakładać podatków? A nawet gdyby przestrzegały, to też nie jest wcale pewne, czy instytucja podatków by się nie pojawiła.

W świetle tej niepewności co do kształtu społeczności bez państwa krytykować można moim zdaniem tylko wychodząc z innych przesłanek niż libertariańskie, bo krytyki libertariańskiej być nie może z powodu logicznej bezsensowności i wielkiego "what if".

Przykładowo, w tym tekście mamy do czynienia z argumentacją, ubraną w libertariańską retorykę, właściwą dla lewicy; Preston zwraca uwagę na te grupy społeczne, które są wykluczone, dąży do ich emancypacji, itd. Tekst nie interesuje mnie jako artykuł napisany przez libertarianina, bo uważam dyskurs libertariański za żenująco jałowy, tylko przez człowieka, który jest związany z lewicą. Dlatego też Twoje argumenty o tym, że Preston jest mało trv, są dla mnie mało interesujące.

Anonimowy pisze...

Przecież ja nie piszę o tym, że Preston jest mało trv, tylko jeśli już, z racji tego, że jak piszesz jest związany z lewicą, nie boi się, że krytykując korporacje, naruszy jakoś bardziej koncept własności prywatnej, na której niespecjalnie mu zależy, bo... jest związany z lewicą właśnie.

A libertarianie są do tego konceptu przywiązani i nie chcą go naruszać, więc do końca nie zaufają Prestonowi. A skoro on, w tekście się dziwi, czemu libertarianie ograniczają się do krytyki jedynie oczywistych interwencji państwa - dotacji, bail-outów, itd., narażając się na złośliwe docinki o hippisowskim konserwatyzmie, to ja daję mu taką, najbardziej oczywistą odpowiedź, dlaczego tak właśnie jest i najprawdopodobniej tak już zostanie.

Poza tym, istnieje jednak różnica między korporacjami a państwem. Trudno wyobrażać sobie "rządowe kontrakty, pożyczki i gwarancje" w społeczności bez państwa. Bo co byłoby w takiej społeczności rządem i na jakiej zasadzie działałyby takie kontrakty, pożyczki czy gwarancje? Jeśli pojawiłyby się podatki, to po prostu pojawiłoby się wg libertarian państwo i to nie byłaby wspólnota bezpaństwowa, za którą jako libertarianie ponosiliby odpowiedzialność. Tak przynajmniej by się bronili, jak sądzę.

Korporację w rodzaju Facebooka czy sieciówkę w rodzaju Pizzy Hut natomiast, bez władzy centralnej można sobie wyobrazić bezproblemowo, nawet jeśli obecnie powstały one dzięki wydatnej pomocy państwa. Nawet "ochronę własności intelektualnej" i patenty, na której jakieś firmy teleinformatyczne budowałyby swoją mocarstwową pozycję, bez centralnego rządu da się pomyśleć. Ale w przypadku bailoutów zrobić to, jest naprawdę trudno. No może jestem głupi, ale nie umiem sobie tego wyobrazić, no...

A to czy Preston jest trv czy nie, też mnie nie interesuje. Nie rozumiem po prostu za bardzo sensu docierania do libertarian w sposób, który jest skazany na porażkę. Nie wnikam już w tym momencie, czy istnieje jakikolwiek, który nie jest.

Trikster pisze...

Po pierwsze, czynisz błędne założenie, że mnie w jakiś sposób libertarianie interesują. Bo nie interesują. Jeśli zaś ten tekst dotrze do jakiegoś libertarianina i go przekona, świetnie, bardzo się z tego ucieszę, ale mi chodzi raczej o to, żeby ukazać zjawisko, jakim jest lewicowy libertarianizm i że ma często więcej wspólnego z lewicą niż z libertarianizmem.

Po drugie, błędnie rozumiesz słowo "korporacja". Nie chodzi tu o wielkie, międzynarodowe organizacje (przynajmniej nie bezpośrednio), lecz raczej o byty posiadające osobowość prawną, a więc w polskim słowniku występująca jako spółki. To czy na wolnym rynku osobowość prawna będzie istnieć, czy nie, zupełnie mnie nie interesuje - chodzi mi raczej o to, że państwo ma swój udział w kształtowaniu sytuacji gospodarczej każdego obywatela, a więc że z jednej strony interwencja państwa jest wszechogarniająca, a z drugiej, że możliwe są pewne alternatywy, które z tych przywilejów korzystają w bardziej ograniczonym stopniu.

Po trzecie, po raz kolejny, przyjmujesz błędną przesłankę, że mi zależy na tym, żeby ukazać, co jest możliwe na wolnym rynku czy w społeczeństwie bezpaństwowym, a co nie. Nie tylko bowiem uważam tę kwestię za całkowicie jałową z powodu niemożliwości odróżnienia państwa od właściciela w propertariańskiej nibylandii, lecz także sądzę, że wyobrażać sobie można to i owo, a wartość takich wyobrażeń jest dość mizerna.

Anonimowy pisze...

No wiesz, wrzucasz na bloga tekst osoby trzeciej, bez słowa komentarza, to trudno powiedzieć jaki sam masz stosunek do treści, poza tym, że z jakiegoś powodu uznajesz ją za wartą dalszego rozpropagowania. Ale z jakich powodów - to już wielka niewiadoma. Więc nie miej do mnie pretensji, że staram się tego dociec, odnosząc się krytycznie bezpośrednio do tekstu, licząc na jego obronę z Twojej strony, która ostatecznie ujawni Twój punkt widzenia.

Mogę przyjmować błędne przesłanki odnośnie tego, na czym Ci zależy, bo one i tak przecież są tylko tymczasowe, a jakieś, na starcie, trzeba przyjąć. Zawsze to subtelniejsze niż pytanie, "po cholerę tu to wrzucasz?".

No ale dostałem odpowiedź, więc jestem zadowolony.

Trikster pisze...

Ale ja nie mam do Ciebie pretensji, że czynisz błędne założenia - po prostu myślałem, że moje stanowisko zostało na tyle wyraźnie zarysowane zarówno tutaj, jak i na lib.necie i liberalisie, że nie będę musiał tego tłumaczyć, chyba że komuś, kto nie brał udziału w tych dyskusjach.

Anonimowy pisze...

Jak dla mnie - nie jest. Z Twoich tekstów na liberalisie, to pamiętam głównie te starsze, ostatnio ich nie przeglądałem, co przyznaję. Poza tym, stanowiska można zmieniać, a ja nie wiem czy ostatnio śledzę jakoś specjalnie polskie środowisko wolnościowe. Mam mniej czasu, mogłem coś przegapić.

kawador pisze...

@Keith Preston

"Co ciekawe, w argumentacji wielu libertarian, konserwatystów i wolnorynkowych krytyków państwowej interwencji nie pojawia się całe mnóstwo sposobów, dzięki którym rządy pomagają, chronią lub nawet wprowadzają w życie porządek gospodarczy utrzymywany w interesie powiązanych politycznie z państwem plutokratycznych elit."

Skoro grupy te krytykują państwową interwencję (co autor sam zauważa), to krytykują państwową interwencję - na którą składają się także wymienione przez Prestona przywileje oraz inne formy ingerencji w rynek. Zatem nie do końca rozumiem, do kogo odnosi się ten zarzut. Libertarianin ma za każdym razem wyliczać, co ukrywa się pod hasłem "państwowa interwencja"?

kawador pisze...

I jeszcze na koniec - "prawicowi" libertarianie piszą bardzo podobne teksty. Joseph R. Stromberg, stały publicysta lewrockwell.com:

http://liberalis.pl/2010/06/09/joseph-r-stromberg-ekonomia-polityczna-liberalnego-korporacjonizmu/

Niestety - i tu racje ma Preston - są także teksty żenujące:

http://mises.pl/blog/2012/03/13/reisman-ku-chwale-kapitalistycznego-jednego-procenta/

Trikster pisze...

Fat:
Nie chcę mi się przekomarzać. :P

kawi:
Preston odnosi się do tzw. wulgarnego libertarianizmu; przykłady można znaleźć w tekście Carsona na moim blogu. Chodzi też o to, że część libertarian nie zauważa, że interwencja państwa sięga dalej niż uważają (np. ograniczona odpowiedzialność - obadaj replikę Kinselli na ten temat, który twierdzi, że osoby prawne z ograniczoną odpowiedzialnością mogłyby występować na wolny rynku, co dla mnie obrazuje niezrozumienie istoty prawa własności).
I w sumie nie wiem, czy można określać Stromberga mianem "prawicowego" libertarianina, bo Stromberg jest raczej historykiem aniżeli filozofem. Lepszym przykładem jest bez wątpienia Tibor Machan, o którym trochę Carson pisał w swojej książce.

kawador pisze...

@Trikster

"Chodzi też o to, że część libertarian nie zauważa, że interwencja państwa sięga dalej niż uważają "

Bo ta część skupia się na socjalu oględnie rzecz ujmując. Tę formę redystrybucji też trzeba krytykować. Przy czym ja sobie doskonale zdaję sprawę, że niejednokrotnie sprowadza się to do wulgarnego "Za moje pińondze nie będę mi tu kalek rehabilitować. Co to kurwa komunizm jakiś?" No niestety tak bywa.

Trikster pisze...

Spokoloki, tylko mnie po prostu takie postawienie sprawy nie interesuje zbytnio. Wiesz, lewicowość, itd. :) A akurat ta forma redystrybucja nie jest dla mnie szczególnie szkodliwa, ba, wręcz stwierdziłbym, że ma całkiem korzystne efekty. Ale cóż - postlibertarianizm tak ma. ;)

kawador pisze...

No a mnie interesuje, no wiesz "wymuszanie dobroczynności" przy pomocy broni palnej, gróźb więzienia, "prawicowość" i te sprawy :)

Poza tym zainteresowałem się kwestią spółdzielni pracowniczych opisanych przez Prestona i wygląda na to, że to są lewicowe bajki dla dzieci podobnie jak kibuce czy kolumbijskie rewolucyjne ruchy ludowe: https://libertarianizm.net/thread-3119-post-46558.html#pid46558

Trikster pisze...

No właśnie, też kiedyś czytałem, że z tymi spółdzielniami wcale tak kolorowo nie jest, ale nie zagłębiałem się w temat na tyle, żeby wypowiadać się z pozycji autorytetu. Fakt jest na pewno taki, że przez jakiś czas to funkcjonowało, a dla mnie to wystarczający znak, że jest to jakaś alternatywa.

MDębowski pisze...

"Fakt jest na pewno taki, że przez jakiś czas to funkcjonowało, a dla mnie to wystarczający znak, że jest to jakaś alternatywa."

Związek Radziecki też funkcjonował przez jakiś czas.

Trikster pisze...

Racja, funkcjonował. Nie zaprzeczam, że model, jaki oferuje, Związek Radziecki też jest jakąś alternatywą, ale niekoniecznie alternatywą mnie interesującą. Wydaje mi się, że dostatecznie wyjaśnił to Carson w przetłumaczonych przeze mnie tekstach, z którym się w tej mierze w większości zgadzam, ale jeśli bardzo chcesz mogę napisać to wyraźniej. :)

Prześlij komentarz

Polub blogaska