wtorek, 10 stycznia 2012

Trzy anarchizmy: anarchizm metodologiczny

Jak można łatwo się domyślić, nazwa „anarchizm metodologiczny” lub też „anarchizm epistemologiczny” określać będzie pewne podejście do zagadnień epistemologicznych, a więc dotyczących poznania. Zamienność terminów „epistemologiczny” i „metodologiczny” wynika w tym kontekście stąd, że metodologię uznać można za część teorii poznania, choć w przypadku omawianego filozofa, tj. wspomnianego powyżej Paula Feyerabenda, pojęcia te będą wręcz synonimiczne. Zanim jednak przejdę do dokładniejszego opisu jego stanowiska, trzeba zarysować tło historyczne i socjologiczne, w jakim doszło do powstania koncepcji anarchizmu metodologicznego.



Lata poprzedzające wydanie podstawowej dla anarchizmu metodologicznego książki pt. Przeciw metodzie stanowią okres dominacji w metodologii krytycznego racjonalizmu Poppera (inną nazwą na określenia poglądów Poppera w sprawach metodologicznych jest falsyfikacjonizm). Popper proponował zespół reguł postępowania, które determinowałyby to, które hipotezy badawcze są prawdziwe; innymi słowy, reguły te dotyczyć miały „sprawdzania, akceptowania i odrzucania twierdzeń” (K. Jodkowski, Od krytycznego racjonalizmu do anarchizmu epistemologicznego). Ujmując tę kwestię bardziej szczegółowo, Popper twierdził, że nie należy dążyć do potwierdzenia teorii (do jej weryfikacji), lecz do jej zaprzeczenia (falsyfikacji). Podejście to uwarunkowane było tym, że żadne działanie nie może doprowadzić do bezsprzecznego udowodnienia teorii, musimy zatem ograniczyć swoje ambicje i poprzestać na próbach obalenia danych teorii. Sprowadza się ono jednak nie tylko do dążności do empirycznego wykazania fałszu teorii, lecz także do automatycznego odrzucenia koncepcji niefalsyfikowalnych, tzn. takich, których nie można sfalsyfikować. Reguły krytycznego racjonalizmu miały prowadzić do wzrostu wiedzy; jednocześnie, ich znaczenie było takie, że były one według Poppera warunkiem koniecznym postępu, co oznacza, że uczony, który nie przestrzega owych reguł, nie przyczynia się do zwiększania naszej wiedzy o świecie. Jako takie reguły te mówią więc o tym, jak naukowiec powinien postępować, jeśli skutkiem jego działania ma być postęp naukowy.

Krytyczny racjonalizm, choć przeważał przez pół wieku, a również obecnie stanowi dość popularną koncepcję, nie spotkał się z jednoznacznie ciepłym przyjęciem. Nie ma tutaj, jednakże, miejsca na jego krytykę. Wystarczy jedynie zaznaczyć, że niezwykle wpływowa okazała się alternatywna wobec falsyfikacjonizmu szkoła, którą określić możemy mianem radykalnej filozofii nauki. Jej zdecydowanie najbardziej znanym przedstawicielem jest Thomas Kuhn, którego książka pt. Struktura rewolucji naukowych zapoczątkowała całkowicie nowy nurt w tej dziedzinie filozofii. Mniej sławnymi, choć z pewnością nie mniej ważnymi myślicielami z tej szkoły byli Norwood Hanson, Stephen Toulmin oraz Paul Feyerabend (Feyerabend początkowo uważał się za zwolennika Poppera w filozofii nauki, choć później się tego wypierał), którego podejście on sam określał mianem anarchizmu metodologicznego.

W odróżnieniu od stanowiska Poppera, teorię Feyerabenda można podzielić na dwa aspekty: opisowy i normatywny. Dla celów klarowności nie będę jednak ich wydzielać, gdyż u Feyerabenda rozróżnienie to traci rację bytu. Feyerabend uważa bowiem, że nie ma metodologii uniwersalnej w tym sensie, że każda metodologia posiada pewne, właściwe jej ograniczenia oraz że nie ma takiej metodologii, która nie zostałaby naruszona, co więcej, której naruszenie nie byłoby dla nauki zjawiskiem pozytywnym (na poparcie tej tezy przedstawia wiele przykładów historycznych, po które odsyłam co bardziej zainteresowanych czytelników bezpośrednio do książki); „naruszona”, tzn. której sam myśliciel lub naukowiec ją postulujący, by nie złamał w trakcie przedstawiania dowodu naukowego.

Wynika to stąd, że, jak twierdzi, „świat, który chcemy zbadać, jest bytem w przeważającej mierze nieznanym. Musimy zatem pozostawić sobie możliwość wyboru i nie wolno nam z góry narzucać sobie ograniczeń” (Przeciw metodzie, s. 20). Dalej pyta: „czy istnieje gwarancja, że [określone nakazy epistemologiczne] są najlepszymi sposobami odkrywania (…) głęboko skrywanych tajemnic natury?” (tamże). Obserwacje te prowadzą go do wniosku, że jedyną zasadą, a raczej meta-zasadą, rządzącą nauką jest „anything goes” (co chyba najlepiej przetłumaczyć jako „wszystko ujdzie”, choć dość popularnym przekładem jest także „nic świętego”) oraz że nauka jest przedsięwzięciem ze swej natury anarchistycznym.

„Wszystko ujdzie” oznacza zasadniczo, że wobec każdej reguły możemy wysunąć regułę przeciwną. „Na przykład, istnieją okoliczności, w których celowe jest wprowadzenie, opracowanie i obrona hipotez ad hoc, które są sprzeczne z dobrze uzasadnionymi i powszechnie akceptowanymi wynikami doświadczalnymi lub hipotez uboższych w treść niż istniejąca, empirycznie adekwatna koncepcja alternatywna albo hipotez wewnętrznie niespójnych i tak dalej” (tamże, s. 23). Podejście takie możemy nazwać kontrindukcjonizmem, który sprowadza się w gruncie rzeczy do przeciwstawienia się wszelkim regułom przyjmowanym przez empirystów. Sama nazwa „kontrindukcjonizm” jest oczywistym zaprzeczeniem indukcjonizmu, czyli poglądu, zgodnie z którym o przewadze jednej teorii nad drugą ma świadczyć jej zgodność z doświadczeniem. Kontrindukcjonizm jawi się więc jako swego rodzaju worek bez dna, w który wrzucić można wszelkie metody, które kontestują (świadomie lub nie) przyjęte powszechnie stanowisko metodologiczne. Nie można, jednakże, utożsamiać kontrindukcjonizmu z samym anarchizmem epistemologicznym. Kontrindukcjonizm jest, jakby nie było, pewną metodą, a zatem zgodnie z postulatami anarchizmu metodologicznego również on nie może stać się „święty”.

Za Feyerabendem wydzielę dwa szczegółowe przypadki kontrindukcjonizmu: 1) przyjmowanie hipotez niezgodnych z przyjętą teorią oraz 2) przyjmowanie hipotez niezgodnych z ogólnie akceptowanymi faktami. W przypadku 1), wbrew obowiązującej zasadzie mówiącej, że reguły alternatywne stosuje się tylko wtedy, gdy pierwotne podejście stało się passé, proponuje metodologię pluralistyczną, a więc uwzględnienie tak wielu różnych poglądów, jak to tylko możliwe, porównywanie jednych koncepcji z drugimi tak, żeby rzucić najwięcej światła na poruszane zagadnienie. „Tak pojęta wiedza nie stanowi szeregu wewnętrznie zgodnych teorii zmierzających do idealnego opisu; nie jest także stopniowym zbliżaniem się do prawdy. Jest ona raczej wciąż powiększającym się zasobem wzajemnie niezgodnych (…) koncepcji alternatywnych” (tamże, s. 29). Jeśli zaś chodzi o przypadek 2), Feyerabend zauważa z jednej strony, że nie ma takiej teorii, która byłaby zgodna ze wszystkimi faktami z danej dziedziny, oraz z drugiej, że obserwacja zawiera założenia teoretyczne lub je presuponuje.

Oznacza to, że fakty są same w sobie „uteoretyzowane”, że są nieodłączne od analizowanej teorii. Nie możemy mówić o faktach bez teorii, która te fakty „postrzega”. Sprawia to, że „nie tylko opis każdego pojedynczego faktu zależy od jakiejś teorii (…), ale istnieją także fakty, do których nie można dotrzeć bez pomocy koncepcji alternatywnej w stosunku do sprawdzanej teorii” (tamże, s. 35). Koncepcji alternatywnych nie możemy odrzucać wyłącznie z tego powodu, że nie pasują do faktów. Trzeba bowiem pamiętać, że owe „fakty” są ustrukturowane w teorii, a więc stanowią jednocześnie jej część, jak i rezultat. Innymi słowy, inna teoria może wyprodukować zupełnie inne fakty. Całkowitym pomieszaniem w świetle powyższego byłoby, gdybyśmy próbowali dostosować nowe hipotezy naukowe do faktów wynikających ze starej teorii.

W tym punkcie narzuca się wręcz porównanie do opracowanej przez Thomasa Kuhna podziału na naukę normalną i naukę rewolucyjną. Gwoli przypomnienia, Kuhn stał na stanowisku, że w momencie rewolucji naukowej zmianie ulega przyjmowany paradygmat, jak Kuhn określa zbiór założeń, pojęć i teorii, które są przyjmowane jako obowiązujące w nauce. Co więcej, do rewolucji dochodzi rzadko, więc w historii nauki przeważać ma okres nauki normalnej. Jakkolwiek Feyerabend proponuje pokrewne podejście, różni się ono w kluczowym punkcie: według niego odejście od dominującej w nauce koncepcji czy też zerwanie z paradygmatem są działaniami, z którymi możemy spotkać się na każdym kroku. Kontrindukcjonizm jest dla nauki kluczowy w tym sensie, że stanowi jej konieczną cechę oraz że bez niego nauka nie mogłaby istnieć.

Konieczną implikacją przyjęcia kontrindukcjonizmu jest różnorodność opinii i wielość poglądów. Jest to nie tylko zjawisko w nauce naturalne, jako że nigdy nie ma wśród naukowców całkowitej zgodności co do teorii i faktów, lecz przede wszystkim pożądane: bez niego nie byłby możliwy jakikolwiek postęp. Jak bowiem twierdzi Feyerabend: „jednomyślność opinii może być odpowiednia dla Kościoła, dla przestraszonych lub chciwych ofiar jakiegoś (…) mitu, dla słabych i usłużnych zwolenników jakiegoś tyrana. Różnorodność opinii jest niezbędna dla wiedzy obiektywnej” (tamże, s. 39).
Różnorodność ta nie ogranicza się jednak wyłącznie do teorii naukowych i koncepcji filozoficznych; jest ona u Feyerabenda posunięta tak daleko, że obejmować może również stanowiska, które określamy mianem religijnych. Przykładem może być chociażby wudu, które „posiada trwałą, choć nadal nie dość zrozumiałą podstawę materialną, a badanie jej przejawów może posłużyć do wzbogacenia, a może nawet do zrewidowania naszej wiedzy fizjologicznej” (tamże, s. 43). A zatem sukces nauki zależny jest również od przyjęcia podejść, które z nauką nie mają nic wspólnego tak, żeby nauka mogła spełniać swój cel, jakim jest postęp społeczny.

Feyerabend przyjmuje dodatkowo socjologiczną definicję nauki: „nauką jest to, co robię ja, to, co robią moi koledzy, i to, co nam podobni wraz z większością społeczeństwa uważają za «naukowe»” (tamże, s. 240). Zauważyć przy tym trzeba, że wśród naukowców istnieją zasadnicze rozbieżności, jeśli chodzi o pojmowanie samej nauki, co sprawia, że powyżej przedstawiona definicja będzie niezmiernie szeroka. Nie można jednak zapominać, że nauka jest tylko jedną z wielu tradycji, która może prowadzić do poznania rzeczywistości, a co za tym idzie nie może ona aspirować do wyłączności na prawdę. Inne podejścia, inne koncepcje są równie uprawnione co nauka do przedstawiania swoich wniosków dotyczących świata i nie mamy żadnego powodu, żeby od ręki je odrzucać wyłącznie z tego względu, że nie wpasowują się one w obowiązujący paradygmat – jak zostało wspomniane fakty są nieodłącznie od teorii, według której są one postrzegane.

Niestety, jak zauważa Feyerabend, w obecnym świecie nauka bardzo się rozpanoszyła. Współczesna nauka uzurpuje sobie bowiem wyłączność na prawdę, tłumiąc i tłamsząc tym samym wszystkie inne stanowiska alternatywne. Nauka, jednakże, w przeciwieństwie do tego, co sama twierdzi, znalazła się na tak wysokiej pozycji dzięki czemuś, co chciałaby najbardziej zwalczać, mianowicie dzięki dwóm mitom. Pierwszy z nich głosi, że nauka posiada pewną metodą poznania rzeczywistości, a drugi, iż prawdy naukowe są obiektywnie prawdziwe. Nie można jednak zapominać, że nauka zawdzięcza swój status nie tyle słuszności założeń, co wykorzystaniu środków politycznych. Nauka stanowi pod tym względem ramię państwa; państwo w imię nauki nie miało skrupułów, żeby wyrugować pozostałe tradycje. W związku z tym trzeba stanowczo przeciwstawić się prymatowi nauki. Środkiem prowadzącym do tego celu ma być przyjęcie anarchizmu metodologicznego. To właśnie dzięki niemu będzie można dokonać separacji państwa i nauki, która zajmuje takie samo miejsce, jak wcześniej religia.

Od anarchizmu w nauce nie da się według Feyerabenda uciec, ba, jest on wręcz konieczny po to, żeby nauka prowadziła do postępu. Zaletą anarchizmu jest także to, że abstrahuje on od uniwersalistycznych ambicji „prawdy” i „obiektywności”, zrywając z precyzją, jasnością i racjonalnością metody na rzecz pluralizmu poglądów i postępu społecznego. Nauka w społeczeństwie ma służyć bowiem pewnemu celowi, mianowicie prowadzić bezpośrednio do wzrostu wiedzy, do czego anarchizm wydaje się nieodzowny, a pośrednio do szczęścia, wolności jednostki i rozwoju człowieka.

PDF

3 komentarze:

smootnyclown pisze...

tak myślałem, że tego Jodkowskiego czytałeś... Jakieś opinie?

smootnyclown pisze...

nie rozumiem zdania:
"teorię Feyerabenda można podzielić na dwa aspekty: opisowy i normatywny."
w kontekście:
"...nie będę jednak ich wydzielać, gdyż u Feyerabenda rozróżnienie to traci rację bytu."

Trikster pisze...

Hmm, fakt. :) Chodzi mi o to, że można z perspektywy zewnętrznej wyróżnić u Feyerabenda dwa aspekty: opisowy i normatywny. Jeśli jednak będziemy poruszać się w ramach pomysłów Feyerabenda, ten podział nie będzie już tak wyraźny mniej więcej z tych samych powodów, które zarysowałem w "Ułudzie wolności od wartościowania". Nie jest jednak tak, że rozróżnienie to nie będzie mieć żadnych skutków, choć po pierwsze jego znaczenie zasadniczo maleje, a po drugie skutki te ograniczać się będą raczej do kwestii pragmatycznych aniżeli epistemologicznych.

Co do Jodkowskiego, czytałem parę jego artykułów (chyba cztery) i żaden mi się nie podobał. Jak na taką długość bardzo mało treściwe, ale na pewno będą dobrym wstępem, jeśli Cię to interesuje.

Prześlij komentarz

Polub blogaska