środa, 16 marca 2011

Kevin Carson: Pierwotna akumulacja i powstanie kapitalizmu [fragment]

Poniższy fragment stanowi część rozdziału 4 z książki Kevina Carsona "Studies in Mutualist Political Economy".

We Wstępie do Części Drugiej odnieśliśmy się do „dziecięcej bajki” pierwotnej akumulacji, służącej kapitalistom przez wiele lat jako legitymizujący mit. W rzeczywistości, apologeci kapitalizmu przywołują ją tylko wtedy, gdy nie mogą jej uniknąć. Zdecydowanie częściej uznają dystrybucję własności i władzy po prostu jako daną. Ich najbardziej popularny argument standardowo zaczyna się od stwierdzenia niekwestionowanego faktu, iż część ludzi po prostu posiada środki produkcji, a pozostali potrzebują dostępu to tych środków, żeby przeżyć. Z tego wynika, że, skoro właściciele kapitału są tak mili, że „zapewniają” te „czynniki produkcji” na użytek siły roboczej, są oni upoważnieni do sprawiedliwej rekompensaty za ich „usługi” czy „nieprzeszkadzanie”.

Nieadekwatność tego podejścia ujawnia się po najbardziej nawet powierzchownej analizie. Apologeta państwowego socjalizmu może równie dobrze powiedzieć zwolennikowi wolnego rynku, że nie miałby on pracy, gdyby państwo jej nie „zapewniało”. Apologeta gospodarki feudalnej może w ten sam sposób strofować niewdzięcznego chłopa, że cała jego praca nie przyniosłaby mu żadnych korzyści bez dostępu do ziemi, „zapewnianej” wspaniałomyślnie przez pana feudalnego. Pozostaje pytanie: w jaki sposób ci, którzy kontrolują środki produkcji, doszli do sprawowania tej kontroli? Oppenheimer, krytykując Marshalla, wskazał, że owocność każdej dyskusji o prawach rządzących dystrybucją produkcji zależy od analizy „pierwotnej dystrybucji czynników produkcji”.
Jednakże, w przypadku, gdy apologeci kapitalizmu muszą odnieść się do tego pytania, zawsze próbują ratować się wspomnianą wyżej bajeczką dla dzieci, według której obecne podziały klasowe wyrosły naturalnie z „pierwotnego stanu równości (...) z powodu nie innego, jak występowanie u niektórych ludzi cnoty, oszczędności i przezorności”. Nie ma w tym procesie „żadnej pozaekonomicznej siły”.
Marks twierdził, że legenda pierwotnej akumulacji była pewną wariacją na temat bajki o mrówce i koniku polnym:

W czasach dawno minionych były dwa rodzaje ludzi: jedni to pracowita, inteligentna i, ponad wszystko, skromna elita; drudzy, leniwe łobuzy, wydające majątek, i nie tylko, na żywiołowe życie. (...) Stąd stało się, że pierwsi akumulowali bogactwo, a drudzy nie mieli nic do sprzedania poza swoimi ciałami. I z tego pierwotnego grzechu wywodzi się bieda większości, posiadającej tylko swoją pracę, i bogactwo nielicznych, których majątek pomnaża się pomimo tego, że oni sami przestali dawno pracować. Tę głupawą dziecinność każdego dnia wychwala się w obronie własności. (...) Notoryczną cechą współczesnej historii jest to, że podbój, niewolnictwo, rabunek, morderstwa, krótko – przemoc, stanowią jej ogromną część.

Być może Engels powinien był nazwać swoje dzieło Anty-Marx, zamiast Anty-Dühring.
Oppenheimer również opowiedział tę pouczającą bajkę, na dodatek w języku bliskim Marksowi. Jednakże, jako że Oppenheimer był wolnościowym socjalistą jak Hodgskin i Tucker, nie musiał wstydzić się (w przeciwieństwie do Marksa i Engelsa) implikacji porzucenia burżuazyjnej bajeczki.

W dalekiej, wielkiej i żyznej krainie, pewna liczba wolnych mężczyzn, równych statusem, utworzyła związek wzajemnej ochrony. Stopniowo dzielili się oni na klasy własnościowe. Ci, którym natura nie poskąpiła siły, wiedzy, zdolności oszczędzania, pracowitości i spostrzegawczości, powoli zdobywali większą liczbę ruchomości i nieruchomości; podczas gdy głupsi i mniej efektywni, i ci, którzy poddali się nieuwadze i marnotrawstwu, pozostali bez własności. Ci, którym się powiodło pożyczali swoją własność mniej zamożnym w zamian za trybut – rentę odrobkową lub czynsz, i stawali się coraz bogatsi, gdy pozostali na zawsze pozostali biednymi. (...) Prymitywny stan wolnych i równych stał się państwem klasowym, dzięki niezmiennemu prawu rozwoju, ponieważ w każdej możliwej grupie ludzi, jak można bez trudu zauważyć, znajdą się silni i słabi, sprytni i głupi, uważni i marnotrawiący.

Ten ahistoryczny mit przetrwał do XX wieku, wciąż żyje i ma się dobrze – i tak pozostanie; przynajmniej do czasu aż obali się go historycznie. Mises w Ludzkim działaniu napisał:

Właściciele fabryk nie mieli możliwości, by kogokolwiek zmusić do podjęcia pracy w swoich zakładach. Mogli jedynie zatrudnić tych, którzy chcieli pracować za określoną płacę. Choć wynagrodzenia były niskie, to i tak znacznie przewyższały to, co owi biedacy mogli zarobić w inny sposób.

Ilustracją tego zjawiska niech będą liczne artykuły w The Freeman: Ideas on Liberty, odbrązawiające „mit” mrocznych, szatańskich fabryk i przedsiębiorstw wyzyskujących robotników w Trzecim Świecie. Artykuły te jednogłośnie przyjmują, iż pracownicy uznali je za lepsze od „pozostałych alternatyw”:

Ale czy „nisko zarabiającym, niezwiązkowym” robotnikom w Ekwadorze powodzi się lepiej, gdy pracują oni dla zagranicznych korporacji? Z całą pewnością tak właśnie uważają, inaczej pozostaliby przy tym, co robili wcześniej (Czy ty zostawiłbyś swoją pracę na rzecz gorzej płatnej i z gorszymi warunkami pracy?) [Barry Loberfeld, A Race to the Bottom, lipiec 2001]

Ludzie ustawiają się w kolejkach, gdy amerykańskie firmy otwierają fabrykę w Chinach, Indonezji czy Malezji. Dzieje się tak pomimo tego, że płace są niskie jak na amerykańskie standardy, jako że miejsca pracy tworzone w takich fabrykach należą do najlepszych w tych gospodarkach. [Russel Roberts, The Pursuit of Happiness: Does Trade Exploit the Poorest of the Poor?, wrzesień 2001]

Rewolucja Przemysłowa umożliwiła tym ludziom, którzy nie mieli nic do zaoferowania rynkowi, sprzedawanie swojej pracy kapitalistom w zamian za płacę. W ten sposób mogli oni w ogóle przetrwać. (...) Jak argumentuje Mises, sam fakt, że ludzie zgadzali się na pracę w tych fabrykach wskazuje, iż ta praca, jakkolwiek odrażająca dla nas, stanowiła najlepszą możliwość, jaką mieli. [Thomas E. Woods Jr, A Myth Shattered: Mises, Hayek, and the Industrial Revolution, listopad 2001]

W dziewiętnastowiecznej Ameryce aktywizm sprzeciwiający się wyzyskiwaniu pracowników koncentrował się głównie na krajowych fabrykach, zatrudniających biednych imigrantów. Chociaż warunki były straszne, firmy te zapewniały zarobek najmniej wykwalifikowanym. Ci, którzy tam pracowali, uznali to za najlepszą decyzję, biorąc pod uwagę wszelkie możliwe wybory.
(...)
Faktem jest, że zarobki robotników w państwach rozwijających się są skandalicznie niskie w porównaniu do zarobków w Ameryce, a warunki pracy są niezgodne z wrażliwością właściwą bogatemu, uprzemysłowionemu Zachodowi. Jednakże, wszędzie, od Ameryki Środkowej do południowo-wschodniej Azji, zauważyłem, że możliwości proponowane przez zagranicę są zwykle lepsze niż lokalne alternatywy. [Stephan Spath, The Virtues of Sweatshops, marzec 2002]

Bajkę ową opowiedział również ostatnimi czasy Radley Balko. Określił on bowiem działające w Trzecim Świecie sweatshopy „najlepszą z najgorszych możliwych opcji zatrudnienia” dla pracowników. Na przestrzeni paru dni, zdanie to rozpowszechniło się na „wolnorynkowej” (sic!) blogosferze, razem z licznymi komentarzami głoszącymi na przykład, że „sweatshopy zatrudniające niskopłatnych pracowników są zdecydowanie lepsze dla robotników w Trzecim Świecie niż następna najlepsza opcja”.
Ta szkoła libertarianizmu ma wypisane na swoim banerze reakcyjny slogan: „them pore ole bosses need all the help they can get. Dobrych i złych, w każdym politycznym zagadnieniu, można bardzo łatwo określić, odwracając hasło z Folwarku Zwierzęcego: „Dwie nogi dobrze, cztery nogi źleee". W każdym przypadku, tymi dobrymi, ofiarami progresywnego państwa, są bogaci i potężni. Źli z kolei to konsument i robotnik, działający w celu wzbogacenia się dzięki skarbowi państwa. Jednym z najbardziej bezczelnych przykładów tej tendencji jest obwołanie przez Ayn Rand wielkiego biznesu „uciskaną mniejszością”, a kompleksu militarno-przemysłowego „mitem”.
Idealnym „wolnorynkowym” społeczeństwem jest dla tych ludzi, zdaje się, aktualnie funkcjonujący kapitalizm minus regulacyjne państwo dobrobytu: spotęgowana wersja dziewiętnastowiecznego kapitalizmu monopolistycznych baronów; albo nawet lepiej, społeczeństwo „zreformowane” przez takich jak Pinochet – Dionizos, dla którego Milton Friedman i Chicago Boys bawili się w Arystotelesa.
Wulgarni libertarianie – apologeci kapitalizmu – używają terminu „wolny rynek” dość dwuznacznie: wydaje się, że mają oni problem z pamiętaniem, raz za razem, czy bronią obecnego kapitalizmu, czy wolnorynkowych zasad. Stąd otrzymujemy standardowe pomieszanie pojęć w artykułach w „The Freeman”, gdzie jeden z autorów twierdzi, iż bogaci nie mogą stać się bogatymi na koszt biednych, ponieważ wolny rynek nie działa w ten sposób – implicitejest wolny rynek. Kiedy wypomni się im to, niechętnie przyznają, że obecny system to nie wolny rynek i że państwo faktycznie sprzyja bogatym. Ale jeśli myślą, że może im to ujść na sucho, nie wahają się bronić bogactwa korporacji wykorzystując do tego „wolnorynkową retorykę”.
Kapitalistyczny mit pierwotnej akumulacji nie może sprostać ani logice, ani źródłom historycznym; z obu tych stron został on zmiażdżony tak, że jego odbudowa jest niemożliwa. Oppenheimer zademonstrował, że taka akumulacja nie mogła się odbyć przy użyciu pokojowych środków. Eksploatacja nie mogła pojawić się w wolnym społeczeństwie w wyniku działania samego wolnego rynku.

Dowód jest następujący: Wszyscy nauczyciele prawa naturalnego, etc., jednomyślnie stwierdzili, że podział na klasę posiadającą i nieposiadającą może mieć miejsce tylko wtedy, gdy cała żyzna ziemia została zajęta. Tak długo, jak człowiek posiada wystarczająco możliwości, żeby zająć nieokupowaną ziemię, „nikt”, mówi Turgot, „nie pomyślałby o służeniu innemu”; możemy dodać, „przynajmniej dla pensji, która zwykle nie przekracza zarobków niezależnego chłopa pracującego na niezadłużonej i dużej posesji”; zadłużanie się nie jest możliwe tak długo, jak ziemię można swobodnie zajmować i pracować na niej, tak jak w przypadku powietrza czy wody.
(...)
Filozofowie prawa naturalnego założyli zatem, że całkowite zajęcie ziemi musiało mieć miejsce całkiem wcześnie z powodu naturalnego przyrostu początkowo małej populacji. Wydawało im się, w ich czasie, czyli w osiemnastym wieku, że zdarzyło się to stulecia temu i dlatego naiwnie dedukowali funkcjonujące zgrupowanie klasowe z domniemanych warunków tego dawno minionego wydarzenia.

Ale badając ten proces dokładniej, Oppenheimer doszedł do wniosku, że ziemia nie mogła zostać przejęta środkami naturalnymi czy ekonomicznymi. Nawet w XX wieku, a co więcej w Starym Świecie, ludzkość nie byłaby w stanie kultywować całej ziemi uprawnej.

Jeśli, zatem, czysto ekonomiczne przyczyny będą kiedykolwiek w stanie spowodować podział na klasy poprzez wzrost liczebności pozbawionej własności klasy robotniczej, to czas tego jeszcze nie nadszedł; a krytyczny punkt, w którym własność ziemi wywoła naturalny niedobór zostanie odsunięty w daleką przyszłość – jeśli w ogóle kiedykolwiek nadejdzie.

Ziemia była, zaiste, „okupowana” – ale nie dzięki środkom ekonomicznym i indywidualnej apropriacji poprzez uprawę. Została politycznie okupowana przez klasę rządzącą, działającą poprzez państwo.

W rzeczywistości, w minionych wiekach, we wszystkich częściach świata, występowało państwo klasowe, z klasami posiadającymi na szczycie i nieposiadającymi klasami robotniczymi na samym dole, nawet gdy populacja była zdecydowanie mniej gęsta niż dzisiaj. Obecnie uznaje się za fakt, że państwo klasowe może pojawić się tylko wtedy, gdy wszystkie grunty zostały zajęte; a skoro pokazałem, że nawet dziś nie cała ziemia jest okupowana ekonomicznie, to znaczy, że została ona zajęta politycznie. Jako że ziemia nie mogła cechować się „naturalnym niedoborem”, niedobór musiał być jej przypisany „prawnie”. Oznacza to, że ziemia została zawłaszczona przez klasę rządzącą działającą na szkodę klasy poddanych, co udaremniło zasiedlenie ziemi w sposób ekonomiczny.

Dowód na to zjawisko nie opiera się w żadnym razie tylko na argumentach dedukcyjnych. Polityczne zasiedlenie ziemi jest historycznym faktem, czego dowodzą choćby prace radykalnych historyków, takich jak J. L. i Barbara Hammond, E. G. Hobsbawm i E. P. Thompson.
Kapitalizm, wyrastający bezpośrednio ze społeczeństwa wieków średnich jako społeczeństwo nowej klasy, oparty jest na akcie rabunkowym tak wielkim, jak wcześniejszy feudalny podbój ziemi. Utrzymuje się on przy pomocy nieustającej interwencji państwa chroniącej system przywilejów, bez których jego przetrwanie wykracza poza granice wyobraźni. Obecna struktura własności kapitału i organizacji produkcji w naszej tak zwanej gospodarce „rynkowej” odzwierciedla państwowy przymus poprzedzający rynek i zewnętrzny wobec niego. Od początku rewolucji przemysłowej, to, co nostalgicznie zwiemy laissez-faire jest systemem ciągłej państwowej interwencji subsydiującej akumulację, gwarantującej przywileje i utrzymującej dyscyplinę pracy.
W skutek tego, największym subsydium, jakie otrzymał współczesny kapitalizm państwowy jest subsydium historii, dzięki któremu kapitał został początkowo zgromadzony w rękach niewielu, a robotnicy zostali pozbawieni dostępu do środków produkcji i zmuszeni sprzedawać swoją pracę na warunkach narzucanych przez kupującego. Obecny system skoncentrowanej własności kapitału i wielkoskalowej korporacyjnej organizacji jest bezpośrednim beneficjentem pierwotnej struktury władzy i własności, która utrzymywała się przez wieki.

4 komentarze:

smootnyclown pisze...

jeszcze zanim zacznę:
dlaczego "prymitywna", a nie "pierwotna"?

Trikster pisze...

Bo taki tytuł rozdziału. :) W sumie tych terminów można używać zamiennie. Inne rozłożenie akcentów po prostu.

Anonimowy pisze...

Cytowane sa nawet ciekawe teksty, ale ich interpretacja przez autora jest co najmniej tragiczna. Do tego wykazuje niezrozumienie pogladow ludz, ktorym stara sie "odpowiadac" i powiela stereotypy i uproszczone schematy pogladow owych osob.
Przykro mi bardzo, ale pomimo ladnie dobranych cytatow, tekst jest po prostu tak tragiczny, ze w polowie nie da sie juz czytac.

Trikster pisze...

Nie mam pojęcia, co to może oznaczać. Można by rozwinąć myśl jakoś?

Prześlij komentarz

Polub blogaska