sobota, 19 lutego 2011

O intentio operisologii cz. 7

Odpowiedź Eco
Eco nie podjął się adekwatnej obrony swojej koncepcji. W gruncie rzeczy, odpowiedział jedynie na pierwszy argument Rorty'ego, dotyczący tego, że podział na użycie i interpretację jest nie do utrzymania. Przyjrzyjmy się, jakie starania przedsięwziął Eco, żeby utrzymać tę dychotomię. Podstawą, na której Eco opiera swoją argumentację, jest stwierdzenie: nie wszystko jest dozwolone. To prawda, jak pisze Rorty, że własności nie są immanentne, lecz relacyjne. Nie oznacza to, jednakże, że nie jesteśmy w stanie określić, o jakiej relacji mówimy. „Stwierdzenie, że nie istnieje Ding an Sich, a nasza wiedza jest sytuacyjną, holistyczną konstrukcją, nie oznacza, iż kiedy mówimy, to nie mówimy o czymś. Stwierdzenie, że to coś jest relacyjne, nie oznacza, iż nie mówimy o danej relacji”. To, że nie istnieją fakty, tylko interpretacja, nie przekłada się na nieograniczoność samej interpretacji. Czynnikiem, który stanowi właśnie taki próg interpretacji, jest, jak ujmował do Peirce, konsens wspólnoty dotyczący tego, które interpretacje są statystycznie owocne czy, innymi słowy, prawdziwe. Konsens wspólnoty obejmuje także to, które cechy są w danym przypadku istotne, relewantne dla poruszanej przez nas kwestii, a więc wspólnota zapewnia „gwarancję co do faktów”. To, że mogę skorzystać ze śrubokręta zarówno do wkręcania śrubek, jak i drapania się wewnątrz ucha, dowodzi, że na konkretną rzecz można spojrzeć z różnych punktów widzenia, „przez pryzmat wykazywanych przez nie cech istotnych”.

W skrócie: nie wszystko jest dozwolone; nie mogę użyć śrubokręta jako popielniczki, bo śrubokręt nie wypełnia cech przypisywanych popielniczce przez „zdrowego na umyśle obserwatora”. Sytuacja ma się tak samo z interpretacją tekstów: „[u]stalić, jak działa tekst, to ustalić, które z jego różnych aspektów są lub mogą stać się relewantne bądź istotne dla jego spójnej interpretacji, a które pozostają na marginesie i nie dają możliwości spójnego odczytania”.
Można odnieść wrażenie, że Eco nie zrozumiał tego, co Rorty chciał przekazać lub że jego argumentacja ma charakter stricte retoryczny, tj. jest argumentacją dla samej argumentacji. Rorty bowiem zdecydowanie podpisałby się pod tym, co w „Replice” napisał Eco. Meritum twierdzenia Rorty'ego jest zupełnie inne. Rorty dowodzi, po pierwsze, że nie ma interpretacji lepszej i interpretacji gorszej, gdyż podział ten możliwy jest do przeprowadzenia wyłącznie na gruncie retorycznym albo gdy uznamy, że tekst posiada pole wewnętrzne i pole zewnętrzne. Pierwsza alternatywa jest jedyną słuszną i możliwą do obrony; druga cierpi na wszystkie problemy wynikające z obiektywnego podejścia do prawdy. Eco w swojej odpowiedzi nijak nie obalił twierdzenia Rorty'ego, dalej brnąc w dyskurs typowy dla oświecenia. Spójność nie jest przecież czymś danym, lecz również tworzona jest w procesie interpretacji; dążenie do spójności nie może być więc wyznacznikiem przewagi jednej interpretacji nad drugą czy też interpretacji nad użyciem. Po drugie, Rorty stoi na stanowisku, że interpretacja jest z założenia przedsięwzięciem retorycznym, że owa niemal magiczna spójność, którą Eco chce osiągnąć, jest wyłącznie czynnikiem, który ma ułatwiać argumentowania na rzecz konkretnej interpretacji. To prawda, stwierdziłby Rorty, wszelka interpretacja zachodzi w danej wspólnocie. Dowodzi to, jednakże, tylko tego, że w ramach tej wspólnoty jedne interpretacja są, jak ujął to Fish, mniej lub bardziej oczywiste, w mniejszym lub większym stopniu narzucają się same. Nie jest zatem tak, jakby chciał Eco, że fakty są w tejże wspólnocie niemal narzucane, tylko że pewne ujęcia są częściej od innych spotykane, bardziej powszechne, itd.

Synteza
Wynika z tego, że obrona przez Eco swojej koncepcji nie powiodła się. Ani Eco nie przedstawił przekonujących argumentów za jego autorskim pomysłem, ani nawet nie odniósł się do wszystkich argumentów krytycznych. Może się wydawać, że sam porzucił intencję dzieła na rzecz ciekawszych zagadnień. Czy więc w ogóle warto angażować się w znajdujące się na straconej pozycji przedsięwzięcie zwane intentio operis? Autor niniejszej pracy uważa, że jak najbardziej tak. Nie ma jednak żadnych powodów, żeby całkowicie odrzucić intentio operis; są za to dowody świadczące o tym, że koncepcja ta ma się całkiem dobrze i nadal funkcjonuje jako jedna ze strategii interpretacyjnych w nieznacznie tylko zmienionej formie. W tym miejscu zaproponuję takie zsyntetyzowanie wszystkich przedstawionych powyżej elementów, które w jak największym stopniu weźmie pod uwagę zarówno kluczowe zalety intencji dzieła oraz koncepcji pokrewnych, jak i argumenty przeciwników.
Po pierwsze, w żadnym razie intentio operis nie stanowi elementu pośredniczącego między intencją czytelnika a intencją autora, tj. nie jest tak, że jest to swego rodzaju złoty środek, który zachowywałby z jednej strony zalety obu tych strategii, z drugiej zaś unikają ich wad i problemów, przed którymi stoją. Wynika to z faktu, że intencja dzieła jest interpretacją przedsiębraną przez czytelnika, czyli to zadaniem czytelnika jest interpretacja dzieła. Dzieło nie powstaje niezależnie od czytelnika, nie możemy więc podejmować tematu dzieła jako takiego bez uczestnictwa jego każdorazowego „twórcy”. Jeśli zaś chodzi o drugą z alternatyw, intencję autora, autor empiryczny, czyli ta osoba, która nadała dziełu jego formę, również jest postacią, z której nie można zrezygnować pochopnie. Uwzględnienie autora w interpretacji daje nam rozliczne korzyści: autor zapewnia kontekst wypowiedzenia, prezentuje pewien słownik właściwy dla epoki, pisze z punktu widzenia konkretnej wspólnoty, itd. – wszystko to składa się na jak najbardziej przekonującą interpretację danego tekstu. Co więcej, żeby w ogóle móc mówić o dziele, trzeba odwołać się do autora empirycznego, tj. autor jest nieodłącznym składnikiem definicji dzieła jako tego, co napisał autor.
Po drugie, intentio operis jest specyficznym zastosowaniem paninterpretacjonizmu. Paninterpretacjonizm jest stanowiskiem, zgodnie z którym wszystko jest interpretacją. Unika zatem oskarżeń o esencjalizm, w tym zarzutu Rorty'ego o nieadekwatność podziału na interpretację i użycie, z prostego powodu: każde znaczenie jest kontekstowe i konwencjonalne. Nie ma czegoś poza interpretacją, gdyż to właśnie w procesie, który określamy mianem interpretacji, znaczenie jest kształtowane i tworzone.
Po trzecie, z paninterpretacjonizmu intentio operis bierze również przeświadczenie, że nie ma błędnej interpretacji. Interpretacja może być co najwyżej mniej lub bardziej oczywista w danym kontekście i w danej wspólnocie interpretacyjnej, przy czym te bardziej powszechne będą interpretacjami właściwymi, a te mniej oczywiste i rzadziej akceptowane zostaną określone nadinterpretacjami.
Po czwarte, spójność tekstu czy interpretacji nie jest czynnikiem świadczącym o przewadze jednego ujęcia nad drugim. Spójność możemy uznać wyłącznie za narzędzie, które prowadzi do przekonania innych co do słuszności danej interpretacji i odrzucenia innych. Interpretacja jest bowiem z gruntu praktyką retoryczną; konieczny okazuje się taki dobór argumentów na rzecz konkretnego ujęcia, który zapewni danej interpretacji powszechną akceptację w danej wspólnocie. Interpretacja jest może być więc prawdziwa ani fałszywa w klasycznym rozumieniu pojęcia „prawda”; może być co najwyżej mniej lub bardziej przekonująca.
Po piąte, w żadnym razie nie można dojść do wniosku, że interpretacja jest nieograniczona. Raczej stwierdzić trzeba, że to interpretacja jest z definicji narzuconym nam ograniczeniem. Przyjmuje ono postać tego, co w danej wspólnocie uchodzi za dozwolone, oczywiste, słuszne, itp., tj. akceptowanej w konkretnym miejscu i czasie strategii interpretacyjnej.

Podsumowanie
Biorąc pod uwagę wcześniejsze rozważania, zdecydowanie trzeba stwierdzić, że intentio operis nie jest koncepcją zupełną ani skończoną. Eco nie przedstawił wyczerpującej analizy swojego „dzieła” ani nie skonfrontował go z innymi strategiami interpretacyjnymi. Nie to bowiem było celem Eco. Zadanie, jakie przed sobą postawił, było znacznie skromniejsze. Dążył do tego, żeby nadać interpretacji charakter zdecydowanie semiotyczny, nawiązując tym samym do teorii opracowanej przez Peirce'a. Nie musiał zatem prezentować całościowej analizy, gdyż tę zapewniali inny autorzy. Innymi słowy, interpretacja w ujęciu Eco jest procedurą, w której czytelnik tworzy dzieło. Ukazanie tego twórczego elementu Eco obrał sobie za cel; argumentowanie więc, że jego przedstawienie jest nienaukowe czy niespełniające kryteriów przyjmowanych w literaturoznawstwie, jest zupełnie nietrafione. Jednakże, żeby koncepcja intentio operis stała się pełnowartościową strategię interpretacyjną, trzeba zaopatrzyć ją w te cechy, których jej najbardziej brakuje. Lukę tę wypełniłem w tym miejscu, po pierwsze wpisując intencję dzieła w szerszy, postmodernistyczny kontekst, a po drugie syntezując ją z innymi, aczkolwiek pokrewnymi koncepcjami. Otrzymaliśmy zatem wyczerpującą i całościową koncepcję mogącą posłużyć jako podstawa do przedsięwzięcia dalszej, praktycznej już analizy, w której odpowiem na pytania: jakie intentio operis ma implikacje w prawoznawstwie?

PDF

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polub blogaska