sobota, 5 lutego 2011

Ułuda wolności od wartościowania

Wolność od wartościowania jawi się jako bardzo szlachetny postulat. Czyż bowiem bezstronność naukowca nie czyni go wyjątkowo „naukowym”? Czy zadaniem naukowca nie jest wyłącznie analizowanie i oddzielanie ocen od owych analiz? Czy badacz społeczny nie powinien dążyć do li tylko wypełnienia aspektu pozytywnego, abstrahując jednocześnie od etycznej czy estetycznej oceny (aspektu normatywnego)?
Odpowiedź na postawione wyżej pytania jest jasna: oczywiście, że nie. Współczesne nauki społeczne dawno temu porzuciły Weberowską teorię wolności od wartościowania na rzecz Diltheyowskiego interpretacjonizmu i hermeneutyki. Zdaje się, że jeszcze jedynie szkoła austriacka obstaje przy tym jakże utopijnym spojrzeniu na społeczeństwo. Oczywiście, argument, że „dawno te czasy już minęły”, „nikt już tego nie robi” czy też „to przestarzałe” jest żadnych argumentem. Celem tej notki jest wskazanie, że szkoła austriacka stoi na stanowisku wolności od wartościowania nie tylko błędnie, ale i sama jest skażona wartościowaniami jak każda inna nauka. Z prostego powodu: inaczej się nie da.

Najpierw jednak definicje: wartościowanie sprowadza się do wprowadzania do analizy kategorii wywodzących się z etyki lub estetyki (dla osiągnięcia większej klarowności na użytek tej pracy będę utożsamiać etykę z estetyką). Jest to tzw. strona normatywna (postulatywna) analizy, przeciwstawiana stronie pozytywnej (deskryptywnej). Wartościowanie nie ogranicza się jednak do aspektu powinnościowego, tj. nie mówi ono wyłącznie jak powinno być (tj. nie zagadnienie to nie sprowadza się do Kantowskiego podziału na byt i powinność), lecz polega także na uzasadnianiu danego programu założeniami stricte etycznymi. Czymże są owe założenia etyczne? Są to takie założenia, które skażone są osobistymi ocenami, właściwymi dla osoby oceniającej, takimi, które nie są częścią składową samej analizy, lecz stanowiskiem na samą analizę. Nadszedł czas na krytykę.
Żeby postulat wolności od wartościowania miał jakikolwiek sens, trzeba założyć istnienie tzw. gołych faktów, czyli takich, których poznanie możliwe jest w wyniku czystej obserwacji przedsiębranej przez „umysł wolny od zanieczyszczeń natury spekulatywnej”. Jednakże, koncepcja ta już od czasów swojego powstania spotkała się z poważną krytyką, w szczególności w osobie Pierre`a Duhema. Duhem twierdził, że każda obserwacja jest w gruncie rzeczy interpretacją. „Aby przeprowadzić tę interpretację, nie wystarczy mieć napiętą uwagę i wyostrzony wzrok. Trzeba znać odpowiednie teorie i umieć je zastosować”. Doświadczenie jest więc uwarunkowane teoretycznie; nie jest możliwe poznanie bez uprzedniego przyjęcia pewnej teorii. „Każdy człowiek może (…) śledzić ruchy plamy światła na przezroczystej listwie, widzieć, czy kieruje się ona na prawo, czy na lewo, czy zatrzymuje się w tym, czy innym punkcie. Nie musi być do tego wielkim naukowcem, ale jeżeli nie zna on elektrodynamiki, nie będzie mógł zmierzyć oporu cewki”. Co prawda, teza Duhema nie była uniwersalna, tzn. Duhem nie twierdził, że każde doświadczenie jest uwarunkowane teoretycznie, można jego twierdzenie uogólnić. Uczynił to Thomas Kuhn. Jeśli przez teorię rozumieć będziemy po prostu ogół aparatu pojęciowego, dojdziemy do wniosku, że proces obserwacji przebiega inaczej u ludzi posiadających różne aparaty pojęciowe. Jeśli laik widzi butelkę z wypustką, a uczony butelkę lejdejską, spowodowane jest to odmiennymi paradygmatami przyjmowanymi przez ludzi. „Widzenie” świata uzależnione jest od tego paradygmatu; wyznacza on nie tylko pytania zadawane w momencie doświadczania, ale również odpowiedzi udzielane na te pytania. Nie jest więc tak, że doświadczenie jest niezależne od ocen przyjmowanych przez człowieka; to właśnie te oceny sprawiają, że doświadczenie jest w ogóle możliwe.
Co więcej, pół wieku później, Michel Foucault przewartościował strukturalistyczną koncepcję języka de Saussure`a, twierdząc, że słowo nie posiada pierwotnego signifi>é. Słowo ma jakieś znaczenie z tego tylko względu, że samo w sobie stanowi już interpretację: słowa „nie emanują (...) własnym, źródłowym sensem, lecz znaczą to, co historycznie dokonane interpretacje narzuciły im jako ich znaczenia”. Jak bowiem pisze Foucault: „nie istnieje nic absolutnie pierwszego, co byłoby przedmiotem interpretacji”, bowiem „wszystko jest już interpretacją, każdy znak jest sam w sobie nie rzeczą, która poddaje się interpretacyjnym zabiegom, lecz interpretacją innych znaków”. W skrócie zatem nie ma różnicy między interpretans (tym, co interpretuje) a interpretandum (tym, co podlega interpretacji). Wiedzie stąd prosta droga do subiektywizmu epistemologicznego: słowa (a zatem świat) nie mają odgórnie narzuconego sensu, lecz ów sens jest im nadawany przed podmiot interpretujący. Świat zatem, jako interpretowany za pomocą języka, nie jest rzeczywistością tzw. obiektywną, niezależną od ludzkiego poznania, lecz perspektywą, interpretacją właśnie. Prawda tedy nie jest czymś, co się znajduje i co by można było wynaleźć i odkryć, lecz czymś, co trzeba stworzyć”.
Kolejnych argumentów przeciwko postulatowi Wertfrei dostarcza socjologia wiedzy. Dziedzina ta stoi na stanowisku, że procesy społeczne mają wpływ na procesy poznawcze, tj. że wiedza, jaką posiadamy, zależy od naszego uwarunkowania bytowego. „Co jest dla tybetańskiego mnicha, może nie być rzeczywiste dla amerykańskiego bussinesmana. kryminalisty różni się od kryminologa. Wynika z tego, że wiedza jest uwarunkowana kontekstowo, że to, co uznajemy za „wiedzę”, a więc to, co wpływa na nasze postrzeganie „rzeczywistości”, jest zdeterminowane społecznie. Wiedza jest tu bowiem tym, co ludzie znają jako rzeczywistość, co zinternalizowali jako rzeczywistość. Proces nauki zaczyna się już od narodzin, gdy człowiek wchodzi w fazę socjalizacji pierwotnej, w której to jednostka „przejmuje” od innych świat, w którym żyją, tj. przyjmuję ich perspektywę, podzielam wspólne nam definicje i sytuacje, dzięki czemu możliwe jest porozumienie (między ludźmi powstaje tzw. więź motywacji). Socjalizacja pierwotna odbywa się za pośrednictwem znaczących innych, którzy są jednostce dani odgórnie, narzucani. „Ich definicje sytuacji są jej przedstawiane jako obiektywna rzeczywistość. Tak więc rodząc się wchodzi ona [jednostka] nie tylko do obiektywnej struktury społecznej, ale także do obiektywnego społecznego świata. Owi znaczący inni, przekazując go jednostce, wybierają te elementy rzeczywistości, które uznają za najbardziej istotne nie tylko ze względu na miejsce w strukturze społecznej, ale także indywidualne doświadczenia, wiedzę, słowem: tożsamość. Jednostka otrzymuje więc wiedzę „przefiltrowaną” podwójnie; stąd wynikają różnice w postrzeganiach między członkiem klasy niższej a arystokratą. Zaznaczyć trzeba, że wiedza nabywana przez jednostkę w socjalizacji pierwotnej jest bardzo prosta; ogranicza się w znacznej mierze do „przyjmowania” tego, co dane. Dopiero w socjalizacji wtórnej wiedza staje się znacznie bardziej skomplikowana; sam proces polega na „internalizacji instytucjonalnych, czyli na przyjmowaniu nowej wiedzy na skutek wchodzenia w coraz szersze kontakty z instytucjami społecznymi. Widać więc, że wiedza sama przez się jest wartościująca w tym znaczeniu, że zależy od środowiska, w którym człowiek się obraca. Jest relatywna do środowiska, zatem odróżnienie wartościowania od niewartościowania natrafia na znaczącą trudność w postaci faktu, że doświadczenia różnych ludzi nigdy nie są takie same.
Leżącego bije Stanley Fish. Twierdzi on: „znaczenia są zarówno subiektywne, jak i obiektywne: są subiektywne, ponieważ stanowią część partykularnego punktu widzenia, a przez to nie są uniwersalne. Są one jednak także obiektywne, ponieważ punkt widzenia, dzięki któremu powstają, jest publiczny i skonwencjonalizowany, nie zaś indywidualny i unikalny”. Przekłada się to na fakt, że nie da się przeprowadzić podziału między interpretacją a przedmiotem interpretacji.
Wszystkie przywołane argumenty dowodzą, że podział, zarówno ontologiczny, jak i epistemologiczny, na etykę i sferę poza etyką, pozbawiony jest sensu. Dychotomia ta nie sprawdza się z tego powodu, że nie możemy rozróżnić między tym, co jest, a tym, co być powinno. Innymi słowy, musimy zarzucić rozgraniczenie na sferę faktu i sferę uczuć, jeśli podział ten ma służyć nam za uzasadnienie odrzucenia pewnych twierdzeń jako nienaukowych. Z prostego powodu: nauka jest per se wartościująca.
Jeśli jednak nawet przedstawione powyżej argumenty nie były dla kogoś przekonujące, trzeba zdać sobie sprawę z jednej jeszcze kwestii. Mianowicie, stwierdzenie „należy unikać wartościowań” jest sam w sobie wyrażeniem wartościującym – przedstawieniem poglądów etycznych wypowiadającej je osoby. Wertfreiheit obala się zatem samo, jest samo ze sobą sprzeczne, jako że unikając wartościowań również wartościujemy. Złośliwi mogliby stwierdzić, że w związku z tym powyższe wywody są zbędne. I w gruncie rzeczy mieliby rację. W związku z tym proszę zrzucić to na karb chęci popisywania się.

10 komentarze:

Loco pisze...

"Doświadczenie jest więc uwarunkowane teoretycznie; nie jest możliwe poznanie bez uprzedniego przyjęcia pewnej teorii."

Jest możliwe, tj. poznanie "niewyraźne", czyli takie, które polega na odebraniu istnienia bytu, który 'daje nam o sobie znać' - a co "formalizujemy" w sądach języka naturalnego, np. Trixter jest zielony (w owym sądzie nie tylko wypowiadamy, iż X posiada cechę taką a taką, lecz także i przede wszystkim sam fakt istnienia X).

Poza tym też przesadzasz, gdyż w poznaniu naukowym (wyraźnym, czyli takim, gdzie to już podmiot działa czynnie wobec przedmiotu) wpierw musiała zostać wypracowana jakaś aparatura pojęcia, metodologia etc.

Dodatkowo, "powinno" nie musi oznaczać zawsze jakiegoś stanu z etycznego punktu widzenia. Mówiąc, że temperatura wody powinna wynosić tyle a tyle takich a takich stopni przecież nie wypowiadam żadnej oceny moralnej ani meta-moralnej [tj. etycznej]. Po prostu stwierdzam, iż zjawisko "nie dostosowuje" się do moich zamierzeń, koncepcji etc.

"Wiedza jest tu bowiem tym, co ludzie znają jako rzeczywistość, co zinternalizowali jako rzeczywistość. Proces nauki zaczyna się już od narodzin, gdy człowiek wchodzi w fazę socjalizacji pierwotnej, w której to jednostka „przejmuje” od innych świat, w którym żyją,"

Świat kultury, świat pojęć i bytów intencjonalnych - owszem.
Świat realny - nie.
Najpierw rzeczywistość, potem kultura.

Trikster pisze...

Na początku adnotacja - teoria pojmowana jest przeze mnie jako swego rodzaju język, który tym się różni od języka naturalnego, że stosowany jest do dziedziny, którą jest nauka.

"Jest możliwe, tj. poznanie "niewyraźne", czyli takie, które polega na odebraniu istnienia bytu, który 'daje nam o sobie znać'"
Ale jak ono jest możliwe? Tzn. co to poznanie niewyraźne tak naprawdę przedstawia sobą? Bo przez stwierdzenie "każde poznanie jest uwarunkowane teoretycznie" rozumiem to, że za każdym poznaniem stoi jakiś kontekst, który z kolei jest uwarunkowany kulturowo i społecznie. Nie jest więc to twarda teza, zgodnie z którą, żeby postrzegać spadający kamień potrzeba teorii grawitacji. Co to to nie - chodzi mi wyłącznie o to, że spadający kamień nie bierze się z powietrza (dosłownie), tylko wpisuje się w szerszy kontekst, nazwijmy to: językowy.

"wyraźnym, czyli takim, gdzie to już podmiot działa czynnie wobec przedmiotu"
Problem z tym mam następujący: odrzucam podział na podmiot i przedmiot. Głównie za Gadamerem.

"Dodatkowo, "powinno" nie musi oznaczać zawsze jakiegoś stanu z etycznego punktu widzenia"
Oczywiście. Tylko że na użytek tego tekstu (choć nie tylko) etykę i estetykę sprowadzam do jednego mianownika. A z tego, co rozumiem, podany przez Ciebie przykład zahacza o estetykę.

"Najpierw rzeczywistość, potem kultura"
Dla mnie to cokolwiek dziwne stwierdzenie, bowiem rzeczywistość jest w moim ujęciu kulturą. :)

Loco pisze...

Grrr skasowało mi 1 wersję.

1. Poznanie niewyraźne jest poznaniem bezpojęciowym, tzn. nie ujmujemy istnienia w żadne pojęcie-znak. Samo poznanie istnienia jest czymś bliżej cudownym w religijnym nawet sensie tego znaczenia i branym tylko na wiarę, gdyż ostatecznie żadne dowodzenie nie doprowadzi nas do istnienia świata realnego. To swoista intuicja - z czym na pewno jestem na przekór wielu szkołom tomistycznym.
2. Kultura jest nabudowana na poznaniu bytu jako istniejącego. Jest dziedziną myśli, a myśli jest pochodna od bytu (myśleć możemy zawsze tylko o czymś).
3. Na jakiej podstawie rozdzielasz etykę i estetykę, jeśli nie rozdzielasz siebie od innych przedmiotów, od samego świata? Przecież nei jesteś ani ścianą, ani stołem, ani niebem, a człowiekiem.
4. Jak rozumiesz wartości?
5. Nie, nie .. to było dłuższe, ale odechciało mi się: ja znam te wasze konwencjonalizmy, ale mimo wszystko każdy "kontekst społeczny, kulturowy, ekonomiczny" musi ( tak świadomie użyłem tego czasownika) doprowadzić nas do pierwotnego doświadczenia bytu i jego oznakowania. tzn. kiedyś ktoś widząc konia nazwał go koniem. Nazwał realnie istniejący byt.

Trikster pisze...

1. No to o czym Ty mi tu piszesz? O swojej intuicji? Podaj jeden powód, dla którego miałaby ona mnie interesować. :)
2. Bo? Tomek powiedział?
3. Właśnie szkopuł w tym, że nie rozdzielam etyki i estetyki w kwestiach, dajmy na to, poznawczych. Etyka i estetyka są tylko wygodnymi terminami na określenie tego, co uznajemy za moralne i tego, co uznajemy za ładne. :) W takim właśnie znaczeniu używam tych terminów.
4. A nie wiem, nie zastanawiałem się. Z prostego powodu: do niczego mi to nie potrzebne. Jestem zatwardziałym przeciwnikiem wyprowadzania znaczenia danych terminów z ich etymologii. :)
5. Dlaczego "musi"? I skąd przeświadczenie, że to Twoje "pierwotne doświadczenie" nie było już konwencjonalne?

smootnyclown pisze...

:))
trikster,
2. Bo? Tomek powiedział?

uu, to było niegrzeczne:)

Loco,
tzn. kiedyś ktoś widząc konia nazwał go koniem. Nazwał realnie istniejący byt.

No i koń jest koniem tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś go tak nazwał. Choć w gruncie rzeczy prościej i bardziej czytelnie byłoby, gdyby mówić "koniem nazywasz konia, ponieważ ktoś go tak kiedyś nazwał i się przyjęło". A mówiąc już bardzo prosto: przecież dla Brytola koń to nie żaden koń, tylko "horse".

To, że jakiś byt, załóżmy, "realnie istnieje" to jeszcze nie jest żaden powód, a tym bardziej dowód, w rozważaniach nad - w tym wypadku - nazewnictwem.

Trikster pisze...

smootny:
Gdzieś Ty się podziewał? :)

smootnyclown pisze...

a, tu i tam:) Parę fajnych książek i księgarni zwiedziłem:))
a co, tęskniłeś?

Trikster pisze...

Pewnie, że tak. :) Solniczki mi się skończyły.

smootnyclown pisze...

jest już późno... jakie solniczki??

Trikster pisze...

No, już wszystkie popsułem. Szczególnie te z Bierhalle. ;)

Prześlij komentarz

Polub blogaska