niedziela, 27 lutego 2011

Prawo bezpaństwowe - teoria w praktyce cz. 1

Czym jest prawo? Na pytanie to filozofowie, prawnicy, historycy starają się odpowiedzieć od stuleci. Przez wieki różne kierunki spierały się ze sobą o hegemonię co do pochodzenia i źródła prawa; wyróżniano koncepcje pozytywistyczne, prawnonaturalne, realistyczne. Obecnie dominuje pozycja pozytywistyczna, według której prawo można określić jako zespół reguł ustanowionych przez państwo, które państwo to może egzekwować dzięki przysługującemu mu przymusowi; wynika to z funkcji państwa, jaką jest zapewnienie porządku publicznego. Przymusowość jest jedną z immanentnych cech państwa. Przymus państwowy odróżniany jest od innych form przymusu dzięki dwóm właściwościom: skupieniu (może być on stosowany tylko przez działające z prawem organy państwa) i sformalizowaniu (jest on ujęty w procedury przewidziane przez prawo). Prawo ma być instrumentem sprawowania władzy publicznej, ramą, w której poruszają się rządzący oraz wyznacznikiem obowiązków i uprawnień obywateli. Prawo jest również zjawiskiem społecznym. Powstaje ono w grupie społecznej, jaką jest państwo, jest formułowane przez społeczeństwo za pośrednictwem instytucji państwowych, a jego funkcjonowanie uzależnione jest od społecznego przyzwolenia dla prawa. Od czasów Oświecenia można mówić o tzw. państwie prawnym, która to koncepcja jest dziś obowiązująca. Według niej, państwo samo narzuca sobie pewne więzy, określa granice władzy publicznej, jej kompetencje, zadania i tryb działania. Można stwierdzić, iż w państwie takim decyzje władcze muszą opierać się na prawie. Celem takiego typu organizacji państwowej ma być ochrona obywatela przed despotyzmem władz. Jak widać, prawo jest nierozerwalnie powiązane z państwem, stanowi jego nieodłączną część, do tego stopnia, że chciałoby się stwierdzić, że bez państwa prawo nie może istnieć. Pogląd ten rzekomo potwierdzają historyczne przesłanki, jak i fakt, że obecnie to państwo zdominowało całą przestrzeń prawną. Nawet w środowisku wolnościowym stanowisko to zdaje się dominować. James Buchanan i Gordon Tullock określają anarchię jako "Hobbesowską dżunglę", John Hospers twierdził, iż w anarchii "skoro nie ma państwa, to nie ma prawa", a Ayn Rand uważała , że "anarchia, jako zagadnienie polityczne, jest naiwną bezprzedmiotową abstrakcją (…) społeczeństwo bez zorganizowanego rządu znalazłoby się na łasce pierwszego lepszego przestępcy, który wtrąciłby je w chaos potyczek między bandami". Czy jednak stanowisko o nierozłączności prawa i państwa nie idzie za daleko, czy nie jest uzurpacją? Czy teorii prawa bez państwa nie odrzucono zbyt pochopnie i opierając się na niesprawdzonych przesłankach? W artykule tym postaram się odpowiedzieć na te pytania, przedstawiając argumenty teoretyczne i praktyczne w obronie jednej z koncepcji prawa bezpaństwowego (czy też: pozapaństwowego), jaką jest prawo policentryczne.
sobota, 19 lutego 2011

O intentio operisologii cz. 7

Odpowiedź Eco
Eco nie podjął się adekwatnej obrony swojej koncepcji. W gruncie rzeczy, odpowiedział jedynie na pierwszy argument Rorty'ego, dotyczący tego, że podział na użycie i interpretację jest nie do utrzymania. Przyjrzyjmy się, jakie starania przedsięwziął Eco, żeby utrzymać tę dychotomię. Podstawą, na której Eco opiera swoją argumentację, jest stwierdzenie: nie wszystko jest dozwolone. To prawda, jak pisze Rorty, że własności nie są immanentne, lecz relacyjne. Nie oznacza to, jednakże, że nie jesteśmy w stanie określić, o jakiej relacji mówimy. „Stwierdzenie, że nie istnieje Ding an Sich, a nasza wiedza jest sytuacyjną, holistyczną konstrukcją, nie oznacza, iż kiedy mówimy, to nie mówimy o czymś. Stwierdzenie, że to coś jest relacyjne, nie oznacza, iż nie mówimy o danej relacji”. To, że nie istnieją fakty, tylko interpretacja, nie przekłada się na nieograniczoność samej interpretacji. Czynnikiem, który stanowi właśnie taki próg interpretacji, jest, jak ujmował do Peirce, konsens wspólnoty dotyczący tego, które interpretacje są statystycznie owocne czy, innymi słowy, prawdziwe. Konsens wspólnoty obejmuje także to, które cechy są w danym przypadku istotne, relewantne dla poruszanej przez nas kwestii, a więc wspólnota zapewnia „gwarancję co do faktów”. To, że mogę skorzystać ze śrubokręta zarówno do wkręcania śrubek, jak i drapania się wewnątrz ucha, dowodzi, że na konkretną rzecz można spojrzeć z różnych punktów widzenia, „przez pryzmat wykazywanych przez nie cech istotnych”.
sobota, 5 lutego 2011

Ułuda wolności od wartościowania

Wolność od wartościowania jawi się jako bardzo szlachetny postulat. Czyż bowiem bezstronność naukowca nie czyni go wyjątkowo „naukowym”? Czy zadaniem naukowca nie jest wyłącznie analizowanie i oddzielanie ocen od owych analiz? Czy badacz społeczny nie powinien dążyć do li tylko wypełnienia aspektu pozytywnego, abstrahując jednocześnie od etycznej czy estetycznej oceny (aspektu normatywnego)?
Odpowiedź na postawione wyżej pytania jest jasna: oczywiście, że nie. Współczesne nauki społeczne dawno temu porzuciły Weberowską teorię wolności od wartościowania na rzecz Diltheyowskiego interpretacjonizmu i hermeneutyki. Zdaje się, że jeszcze jedynie szkoła austriacka obstaje przy tym jakże utopijnym spojrzeniu na społeczeństwo. Oczywiście, argument, że „dawno te czasy już minęły”, „nikt już tego nie robi” czy też „to przestarzałe” jest żadnych argumentem. Celem tej notki jest wskazanie, że szkoła austriacka stoi na stanowisku wolności od wartościowania nie tylko błędnie, ale i sama jest skażona wartościowaniami jak każda inna nauka. Z prostego powodu: inaczej się nie da.

Polub blogaska

Wystąpił błąd w tym gadżecie.