niedziela, 23 stycznia 2011

O intentio operisologii cz. 6

Krytyka
Sama koncepcja intencji dzieła w żadnym razie nie spotkała się z jednoznacznym przyjęciem. Jedni krytycy byli jej przychylni. Są to w szczególności studenci Eco z Uniwersytetu Bolońskiego. Inni, jednakże, zwracali uwagę na pewne wyraźne niedomagania i niedociągnięcia. Z jednej strony bowiem, intentio operis wpisuje się w szerszy nurt interpretacji antyesencjalistycznej, czyli głoszącej, że nie istnieje wewnętrzna natura czy esencja – w tym przypadku: dzieła – że należy porzucić marzenia o możliwości dojścia do leżącej u podstaw dzieła struktury, odnalezienia uniwersalnych i obiektywnych znaczeń oraz zaprezentowania kody deszyfrującego każdy tekst. Eco można nawet uznać za jednego z prekursorów krytyki recepcji czytelniczej (reader-response criticism), szkoły interpretacji postulującej skoncentrowanie się na czytelniku, którego rola polega na tworzeniu dzieła w procesie interpretacji. Czytelnik odgrywa tutaj funkcję twórczą, produkuje swoje własne, niekiedy unikalne odczytanie tekstu. Z drugiej jednak, intencja dzieła skażona jest elementami właściwymi dla esencjalizmu, z pochodzenia typowego dla oświecenia. Esencjalizm, a contrario, stoi na stanowisku, że dzięki odpowiedniej procedurze możliwe jest znalezienie właściwej natury (esencji) rzeczywistości, stworzenie jakiegoś nadsłownika. Elementy te zostały poddane słusznej krytyce. To właśnie nimi zajmę się poniżej, analizując je z przyjętej na samym początku perspektywy postmodernistycznej.



Rorty – interpretacja a użycie
Richard Rorty, amerykański neopragmatysta, sprzeciwia się poglądowi, iż możliwy jest podział na interpretację i użycie. Przypomnijmy: Eco twierdzi, że interpretacją od użycie odróżnia uwzględnienie kontekstu kulturowego dzieła, przy czym użycie jest ograniczone wyłącznie wyobraźnia czytelnika. Można dla przykładu użyć bajki o Czerwonym Kapturku w celu obrony wegetarianizmu, lecz żaden zdrowy na umyśle człowiek nie stwierdzi, że bajka ta traktuje o metodach żywieniowych. Nie jest więc to interpretacja, lecz użycie; bardziej konkretnie, użycie w celu zwiększenia świadomości czytelnika o skutkach drapieżnictwa. Interpretacja brałaby pod uwagę ogół faktów tekstowych, byłaby nastawiona na ogólnotekstową spójność; użycie – przeciwnie.
Rorty utrzymuje, że podział ten jest nie do utrzymania. Interpretacja jest jedną z form użycia tekstu. „Interpretowanie czegoś, poznawanie czegoś, docieranie do istoty czegoś i tak dalej – są to jedynie różne deskrypcje jakiegoś procesu użycia tej rzeczy”. Rorty dochodzi do wniosku, że taka dokonana przez Eco dychotomia sprowadza się do podziału na zewnętrze i wnętrze tekstu, na cechy relacyjne i nierelacyjne. Ani wewnętrzna, ani zewnętrzna natura jednak nie istnieją. „Prawda nie może być na zewnątrz – nie może egzystować w oderwaniu od ludzkiego umysłu – ponieważ zdania nie mogą w ten sposób egzystować oraz być na zewnątrz”. Stwierdzenie zaś, że dana interpretacja dociera do prawdy, to jedynie pusty komplement, którego nie warto stosować z tego względu, że pomysł dochodzenia do wewnętrznej natury sprawił filozofom więcej problemów niż przyniósł im korzyści. Język, jak już pisałem, nie jest środkiem, którego celem jest odzwierciedlanie rzeczywistości. Jest on raczej narzędziem; ma nam ułatwiać radzenie sobie ze światem. Nie można zatem mówić o wewnętrznej naturze tekstu. Dodatkowym argumentem jest to, że granice między dziełami nie są tak wyraźne, jak chciałby Eco. Moja wiedza o jednym dziele przenosi się na inne dzieło np. tego samego autora. „Lektura tekstów polega na tym, że czytamy je w świetle innych tekstów, ludzi, obsesji, pojedynczych informacji i czegoś tam jeszcze, po czym sprawdzamy, jaki jest efekt. Efekt może być zbyt dziwaczny lub idiosynkratyczny (...) może być również fascynujący i przekonujący. (...) Niekiedy jest tak bardzo fascynujący i przekonujący, że ma się złudzenie, iż teraz rozumie się, o co w danym tekście naprawdę chodzi”. Tymczasem, dążenie do wyłonienia tego, o czym tekst jest naprawdę pozbawione jest sensu; zakrawa bowiem na interpretację paranoiczną, którą tak szyderczo wyśmiewa Eco.
Rorty podważa w ogóle zasadność wyodrębniania intentio operis. Według niego zawiera się ona w intencji czytelniczej. Nie możemy mówić o „wewnętrznej spójności tekstu” czy też „niepowstrzymanym strumieniu interpretacji”. W sumie, samo kryterium spójności tekstu nie jet samo przez się wyznacznikiem interpretacji; przekłada się ono wyłącznie na walory retoryczne danej interpretacji, na łatwość argumentowania na jej rzecz. Można więc udowodnić i uzasadnić każde odczytanie tekstu, o ile posiada się środki adekwatne do osiągnięcia tego celu. Rorty pyta: „Skoro jednak mamy już to rozróżnienie między spontanicznym, brutalnym i nieprzekonującym zastosowaniem obsesji konkretnego czytelnika do interpretacji tekstu a rezultatem trzymiesięcznych starań, by zastosowanie to wysubtelnić i uwiarygodnić, czy musimy je opisywać w kategoriach pojęcia ?”. Tekst jest wyłącznym tworem czytelnika, jest wytwarzany w procesie interpretacji. W związku z tym, nie ma mowy o „wewnętrznej spójności tekstu”, skoro to sam interpretator nadaje tekstowi spójność; innymi słowy, własność spójności nie należy do natury tekstu, nie stanowi jego esencji. Spójność oznacza jedynie, że odnieśliśmy sukces w przekazaniu jakiegoś opisu znaków, a więc że mieliśmy coś ciekawego do powiedzenia o tych znakach i udało nam się przekonać inne osoby do naszego opisu. Jak twierdzi: „Spójność ta nie jest ani wewnętrzna, ani zewnętrzna wobec czegoś: jest jedynie funkcją tego, co zostało opowiedziane o tych [znakach]”. Chodzi tutaj o systematyczność – jeśli dane użycie pewnego znaku pasuje do innych zastosowań innego lub tego samego znaku, przekłada się to na posiadanie lepszych argumentów w dyskusji. Tekst w gruncie rzeczy sam przez się nie mówi o niczym konkretnym; dopiero my sprawiamy, że może zacząć to robić.

Foucault – pojęcie dzieła
Zarzut innego rodzaju wysuwa Michel Foucault. Według niego „dzieło” boryka się z tymi samymi problemami co autor. Co więcej, jest bardziej niebezpieczne, gdyż z jednej strony zastępuje kategorie autora, która w wyniku dyskursu (post)strukturalistycznego została znacznie osłabiona, a z drugiej – nie oferuje diametralnych zmian, zaciemniając jedynie dotychczasowe osiągnięcia nurtu na polu „śmierci autora”.
Problemy uwidaczniają się, gdy zadamy sobie pytanie: „Czym jest dzieło?”. Najbardziej nasuwającą się odpowiedzią będzie: „Dziełem jest to, co napisał autor”. Wracamy więc do punktu wyjścia, do kategorii autora; pojęcie dzieła nie jest wcale użyteczne w usunięciu autora empirycznego ze sceny. Są jeszcze inne kwestie: czy twór nieposiadający autora lub taki, któremu nie jesteśmy w stanie tego autora przypisać, będzie w ogóle dziełem? Czy może będzie to sama zbitka znaków, rulony papieru z atramentem? Jak widać, „dzieło” sprawia, że kręcimy się w kółko, nie możemy wyjść z błędnego koła argumentacji.
Spójrzmy jednak z drugiej strony: czy wszystko to, co napisał autor, będzie zasługiwać na miano dzieła? „Oczywiście (...) wszystko, lecz cóż znaczy owo ? Wszystko, co Nietzsche sam opublikował, to zrozumiałe. Bruliony dzieł? Rzecz jasna. Wstępne rzuty aforyzmów? Tak. Skreślenia, notatki na marginesie? Oczywiście. Jak jednak postąpić w sytuacji, gdy między zapisanymi w notatniku aforyzmami znajdziemy czyjś adres, termin spotkania, kwit z pralni: dzieło to czy nie dzieło? A dlaczegóż by nie? I tak bez końca”. Foucault zwraca tutaj uwagę, że sam slogan: „śmierć autora” jest pusty, nie idzie za nim żadna treść, jeśli w miejsce eliminowanego autora wprowadzamy koncept ewidentnie autora naśladujący.
Krytyka ta, zarówno Rorty'ego, jak i Foucaulta, trzeba przyznać, jest bardzo mocna – podważa w rzeczy samej zasadność twierdzenia o czymś takim, jak intencja dzieła. Dalej, wprowadzenie kategorii dzieła rodzi niebezpieczeństwo zaprzepaszczenia osiągnięć krytyki recepcji czytelniczej, a zatem podważa samą koncepcję intencji dzieła, której jednym z postulatów było sprowadzenie autora na dalszy plan. Jak zatem możemy sobie poradzić z tego rodzaju zarzutami? Czy w wyniku tej krytyki z intencji dzieła pozostaje cokolwiek?

PDF

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Polub blogaska