środa, 13 lipca 2011

Paradoksy samoposiadania, czyli dlaczego propertarianie są za masowymi mordami

Wszystkie misie polarne wiedzą, że libertarianizm własnościowy, czasem zwany propertarianizmem, opiera się na wyraźnie osadzonych w rzeczywistości (nieszczególnie), bezsprzecznych (że jak?) i jakże jasnych (łohoho) aksjomatach, z których na pierwszy plan wysuwa się samoposiadanie. Założenie to głosi, że każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała czy też ogólnie samego siebie, tj. że to on może być jedynym dysponentem dobra, jakim jest jego ciało. Nikt inny poza nim nie może podjąć decyzji, żeby skosić trawnik czy podlać kwiatki. Ujmując słowami bardziej adekwatnymi dla poruszanej kwestii, założenie to jest potrzebne w korpusie poglądów propertariańskich jako uzasadnienie instytucji własności. Paru dość łebskich propertarian zauważyło bowiem, że nie będą mogli prowadzić agitki na rzecz ostoi ludzkiej cywilizacji – prawa własności – jeśli nie uda im się oprzeć własności na filozoficznie spójnym fundamencie. Fundamentem tym jest samoposiadanie. Tekst ten nie jest więc przeznaczony dla tych, którzy samoposiadanie odrzucają; niemniej jednak również oni będą musieli, jeśli są propertarianami, odpowiedzieć na pytanie: skąd bierze się własność? Ale do rzeczy.
piątek, 8 lipca 2011

Trzy anarchizmy: anarchizm interpretacyjny

Anarchizm zdecydowanie nie kojarzy się w powszechnym mniemaniu szczególnie dobrze. Wynika to z rozlicznych czynników, z których wymienić wypada chęć posiadania konkretnych, jasnych zasad regulujących podstawowe zagadnienia życia społecznego czy też wątpliwości dotyczące przejścia stąd tam; innymi słowy – problemy wynikające z zaprezentowania pozytywnej koncepcji społeczeństwa anarchistycznego. Anarchizm, jakby nie spojrzeć, boryka się z wieloma trudnościami, które swoje źródło mają przede wszystkim w dążności, przy tym bardzo radykalnej, do zmiany (pojawia się pytanie czy owa zmiana nie podważa samych fundamentów anarchizmu) oraz w dość ograniczonym i redukcjonistycznym pojmowaniu społeczeństwa i jednostki. Nie to jednak stanowi przedmiot tego artykułu, więc w tym miejscu wystarczy zaznaczyć, że, jak ujął to Paul Feyerabend, anarchizm nie jest szczególnie atrakcyjną filozofią polityczną.
czwartek, 9 czerwca 2011

Dualizm a monizm interpretacyjny

Zarysujmy najpierw różnicę. Dualizm, projekt znacznie bardziej rozpowszechniony i częściej przyjmowany w kręgach filozofów, sprowadza się do przeprowadzenia dychotomii „tu – tam”, „ta strona – tamta strona”. Dzieli on dyskurs na dwie sfery: samą interpretację i aprioryzowany, aksjomatyzowany, esencjalizowany przedmiot interpretacji. Monizm z drugiej strony abstrahuje od takiego podziału; w jego ujęciu „zewnątrz” i „wewnątrz” tekstu, obrazu, świata, itp. nie istnieją, co przekłada się na silnie antyesencjalistyczny charakter monizmu oraz, co za tym idzie, sprzeciw wobec apriorycznego podejścia do kontekstu, w którym dokonuje się interpretacji.
niedziela, 8 maja 2011

Postpolityka, czyli w poszukiwaniu języka publicznego, cz. 3: Postanarchizm

Nazwa
Mogłoby się wydawać, że przedrostek „post” w terminie „postanarchizm” sugeruje, że postanarchizm niejako następuje po anarchizmie, transcenduje anarchizm w wydaniu klasycznym. Będzie to ujęcie poniekąd adekwatne, bowiem postanarchizm faktycznie wykracza poza korpus poglądów zwanych anarchizmem. Jednakże, jedynie „poniekąd”, ponieważ, gdy w 1994 r. Todd May prowadził swoje seminarium poświęcone anarchizmowi, postanarchizm pojawił się jako skrótowiec od dłuższego pojęcia: anarchizmu poststrukturalistycznego. A zatem, żeby zrozumieć, czym postanarchizm w rzeczy samej jest, trzeba przeanalizować najpierw jego filozoficzne fundamenty, czyli poststrukturalizm.
niedziela, 17 kwietnia 2011

Kevin Carson: Ekonomia polityczna mutualizmu

Oto ona, „Ekonomia polityczna mutualizmu”. Projekt przetłumaczenia owego dzieła powstał spontanicznie kilka lat temu, kiedy niżej podpisany i Jędrek Kuskowski deliberowaliśmy nad lewicowym libertarianizmem, jego powiązań z mutualizmem, Benjaminie Tuckerze, itd. Jakby nie było, wspomnienie Kevina Carsona w tym kontekście jest rzeczą jak najbardziej naturalną. Tym sposobem wpadliśmy na pomysł przetłumaczenia niniejszej książki. Przechodząc od słów do czynów, zebraliśmy ekipę i wzięliśmy się do pracy. Po paru zmianach personalnych, po wielu miesiącach spędzonych nad książką wreszcie się udało: dzieło jest gotowe.
Zapraszamy więc do wędrówki po ekonomii, historii i filozofii politycznej, wędrówki, która nie ma sobie równych, jeśli chodzi o jej wartość, zawartość merytoryczną i głębię.
http://carson.liberalis.pl/
wtorek, 12 kwietnia 2011

Postpolityka, czyli w poszukiwaniu języka publicznego, cz. 2: Postlibertarianizm

Postlibertarianizm
Jak wiadomo, libertarianizm jest szeroką i różnorodną doktryną polityczną. W jego skład wchodzi bez liku pomniejszych stanowisk, m.in. propertarianizm, mutualizm, neolibertarianizm czy paleolibertarianizm. W żadnym też razie libertarianizm nie zatrzymał się w miejscu; cechują go ciągła ewolucja, niesnaski między poszczególnymi odłamami i stopniowa radykalizacja światopoglądowa. Wyrazem tych tendencji jest także zasadniczo najnowszy nurt w ramach libertarianizmu, czyli postlibertarianizm. Trudno go, być może, określić nawet mianem „nurtu”, bowiem wiąże się on z jedną osobą, która, wychodząc z fundamentalnie libertariańskich przesłanek, próbowała nadać libertarianizmowi nową jakość. Mowa o Jeffreyu Friedmanie. Friedman znany jest przede wszystkim jako wydawca i redaktor interdyscyplinarnego periodyku „Critical Review: A Journal of Politics and Society”. Zadaniem, które Friedman postawił przed „Critical Review”, było krytykowanie z szeroko pojętej wolnościowej perspektywy konkretnych aspektów myśli libertariańskiej i klasycznie liberalnej. W takim też duchu utrzymane były napisane przez Friedmana eseje, w których poddawał krytycznej analizie libertarianizm zarówno deontologiczny, jak i konsekwencjalistyczny: After libertarianism, Postlibertarianism is not libertarianism, Postmodernism vs Postlibertarianism, The libertarian straddle oraz What's Wrong With Libertarianism. Na nich właśnie oparta będzie dalsza część tej notki.
piątek, 8 kwietnia 2011

Postpolityka, czyli w poszukiwaniu języka publicznego - cz. 1

Baudrillard był bez wątpienia jednym z najbardziej wymownych krytyków nowoczesności. Za cel swoich intelektualnych ataków obierał często społeczeństwo konsumpcyjne lub wręcz sam konsumeryzm, który postrzegał jako odpowiedzialny za stan społeczeństwa. W późniejszym okresie swojego życia Baudrillard przeszedł, jednakże, z pozycji typowo społecznych na aspołeczne. Uwidacznia się to w twierdzeniu „społeczeństwo nie istnieje”. Nie chodzi tu jednak o typowo atomistyczne podejście do społeczeństwa, zgodnie z którym społeczeństwo ma być prostym konstruktem złożonym wyłącznie ze współdziałających jednostek, nie posiadającym żadnego osobnego bytu, który nie wynikałby z sumy owych indywidualności.
środa, 16 marca 2011

Kevin Carson: Pierwotna akumulacja i powstanie kapitalizmu [fragment]

Poniższy fragment stanowi część rozdziału 4 z książki Kevina Carsona "Studies in Mutualist Political Economy".

We Wstępie do Części Drugiej odnieśliśmy się do „dziecięcej bajki” pierwotnej akumulacji, służącej kapitalistom przez wiele lat jako legitymizujący mit. W rzeczywistości, apologeci kapitalizmu przywołują ją tylko wtedy, gdy nie mogą jej uniknąć. Zdecydowanie częściej uznają dystrybucję własności i władzy po prostu jako daną. Ich najbardziej popularny argument standardowo zaczyna się od stwierdzenia niekwestionowanego faktu, iż część ludzi po prostu posiada środki produkcji, a pozostali potrzebują dostępu to tych środków, żeby przeżyć. Z tego wynika, że, skoro właściciele kapitału są tak mili, że „zapewniają” te „czynniki produkcji” na użytek siły roboczej, są oni upoważnieni do sprawiedliwej rekompensaty za ich „usługi” czy „nieprzeszkadzanie”.
piątek, 4 marca 2011

Prawo bezpaństwowe - teoria w praktyce cz. 2

Teoria
Skoro przedstawiliśmy funkcjonowanie prawa policentrycznego na kartach historii, czas przejść do zaprezentowania teoretycznych możliwości działania takiego systemu w obecnych, zupełnie różnych od opisywanych wyżej, czasach. Rozdział ten nie służy jednakże pokazaniu, jak prawo niemonopolistyczne będzie działać i jakie zasady uzna ono za obowiązujące. Odrzucam tym samym sposób formułowania myśli właściwy dla Murraya Rothbarda, najwyraźniej i najbardziej dobitnie ukazany w jego książce pt. Ethics of Liberty, w której autor wychodzi z założenia, iż prawo jest logiczną implikacją typowych dla libertarianizmu aksjomatów: Lockeańskiej zasady zawłaszczenia i prawa samoposiadania. Nie ma więc prawa (law) niezależnego od prawa własności (property rights); jedynie naruszenie prawa własności jest pogwałceniem aksjomatu nieagresji i rodzi roszczenie poszkodowanego wobec agresora. Agresja może być skierowana przeciwko człowiekowi lub jego własności, w obu jednak przypadkach osoba nieuprawniona narzuca osobie uprawnionej swoją wolę, co oznacza naruszenie jej praw naturalnych. Podstawą odpowiedzialności jest więc inicjacja przemocy wobec innego człowieka, co Rothbard nazywa agresją. Pomijając ewidentne słabości wewnątrz teorii Rothbarda, będące w części konsekwencjami przyjęcia Lockeańskiej zasady zawłaszczenia (tj. za agresję uznać można jedynie "działanie" czynników materialnych), w części zaś przeoczeniami autora (m. in. brak poruszonej kwestii ustalenia przyczyny i skutku działania czy błąd logiczny w przestępstwach kierunkowych), trzeba zwrócić uwagę, iż stanowisko Rothbarda jest apodyktyczne, tj. narzuca swoje przekonania, uznając je za wyłącznie słuszne jako logiczna implikacja libertariańskich aksjomatów. Nie bierze więc pod uwagę istnienia policentryzmu systemów prawnych i partykularyzmu nie tylko interesów, ale i opinii; ignoruje tym samym inną podstawową zasadę libertarianizmu, jaką jest zgoda jednostki (consent of the individual), będącą praktycznym zastosowaniem aksjomatu nieagresji, który dotyczący każdej kwestii, w tym i wyboru systemu prawnego. Teoria Rothbarda musi być więc odrzucona jako sprzeczna sama ze sobą, a libertariański system prawny (libertarian law code) w rozumieniu Rothbardowskim oznacza nic innego, jak wariację na temat prawa monocentrycznego. Z tego też powodu teoria filozoficzno-normatywna odrzucana jest przez znaczną część libertarian, w szczególności tę, która optuje za swego rodzaju utylitaryzmem. Takie stanowisko prezentują David Friedman, według którego funkcją prawa jest maksymalizacja użyteczności, Randy Barnett, Bruce Benson, Bryan Caplan oraz Thomas Bell. Oczywistą wydaje się konstatacja, iż, biorąc pod uwagę spontaniczny porządek, w jakim prawo policentryczne powstaje, niemożliwe jest dokładne przewidzenie formy, jaką prawo to ma przyjąć. Możemy jedynie nakreślić ogólny rys tej mozaiki, analizując ogólne teorie ludzkiego działania, w celu ukazania, jak to obrazowo ujął Thomas Bell, portretu współczesnego porządku policentrycznego.
niedziela, 27 lutego 2011

Prawo bezpaństwowe - teoria w praktyce cz. 1

Czym jest prawo? Na pytanie to filozofowie, prawnicy, historycy starają się odpowiedzieć od stuleci. Przez wieki różne kierunki spierały się ze sobą o hegemonię co do pochodzenia i źródła prawa; wyróżniano koncepcje pozytywistyczne, prawnonaturalne, realistyczne. Obecnie dominuje pozycja pozytywistyczna, według której prawo można określić jako zespół reguł ustanowionych przez państwo, które państwo to może egzekwować dzięki przysługującemu mu przymusowi; wynika to z funkcji państwa, jaką jest zapewnienie porządku publicznego. Przymusowość jest jedną z immanentnych cech państwa. Przymus państwowy odróżniany jest od innych form przymusu dzięki dwóm właściwościom: skupieniu (może być on stosowany tylko przez działające z prawem organy państwa) i sformalizowaniu (jest on ujęty w procedury przewidziane przez prawo). Prawo ma być instrumentem sprawowania władzy publicznej, ramą, w której poruszają się rządzący oraz wyznacznikiem obowiązków i uprawnień obywateli. Prawo jest również zjawiskiem społecznym. Powstaje ono w grupie społecznej, jaką jest państwo, jest formułowane przez społeczeństwo za pośrednictwem instytucji państwowych, a jego funkcjonowanie uzależnione jest od społecznego przyzwolenia dla prawa. Od czasów Oświecenia można mówić o tzw. państwie prawnym, która to koncepcja jest dziś obowiązująca. Według niej, państwo samo narzuca sobie pewne więzy, określa granice władzy publicznej, jej kompetencje, zadania i tryb działania. Można stwierdzić, iż w państwie takim decyzje władcze muszą opierać się na prawie. Celem takiego typu organizacji państwowej ma być ochrona obywatela przed despotyzmem władz. Jak widać, prawo jest nierozerwalnie powiązane z państwem, stanowi jego nieodłączną część, do tego stopnia, że chciałoby się stwierdzić, że bez państwa prawo nie może istnieć. Pogląd ten rzekomo potwierdzają historyczne przesłanki, jak i fakt, że obecnie to państwo zdominowało całą przestrzeń prawną. Nawet w środowisku wolnościowym stanowisko to zdaje się dominować. James Buchanan i Gordon Tullock określają anarchię jako "Hobbesowską dżunglę", John Hospers twierdził, iż w anarchii "skoro nie ma państwa, to nie ma prawa", a Ayn Rand uważała , że "anarchia, jako zagadnienie polityczne, jest naiwną bezprzedmiotową abstrakcją (…) społeczeństwo bez zorganizowanego rządu znalazłoby się na łasce pierwszego lepszego przestępcy, który wtrąciłby je w chaos potyczek między bandami". Czy jednak stanowisko o nierozłączności prawa i państwa nie idzie za daleko, czy nie jest uzurpacją? Czy teorii prawa bez państwa nie odrzucono zbyt pochopnie i opierając się na niesprawdzonych przesłankach? W artykule tym postaram się odpowiedzieć na te pytania, przedstawiając argumenty teoretyczne i praktyczne w obronie jednej z koncepcji prawa bezpaństwowego (czy też: pozapaństwowego), jaką jest prawo policentryczne.
sobota, 19 lutego 2011

O intentio operisologii cz. 7

Odpowiedź Eco
Eco nie podjął się adekwatnej obrony swojej koncepcji. W gruncie rzeczy, odpowiedział jedynie na pierwszy argument Rorty'ego, dotyczący tego, że podział na użycie i interpretację jest nie do utrzymania. Przyjrzyjmy się, jakie starania przedsięwziął Eco, żeby utrzymać tę dychotomię. Podstawą, na której Eco opiera swoją argumentację, jest stwierdzenie: nie wszystko jest dozwolone. To prawda, jak pisze Rorty, że własności nie są immanentne, lecz relacyjne. Nie oznacza to, jednakże, że nie jesteśmy w stanie określić, o jakiej relacji mówimy. „Stwierdzenie, że nie istnieje Ding an Sich, a nasza wiedza jest sytuacyjną, holistyczną konstrukcją, nie oznacza, iż kiedy mówimy, to nie mówimy o czymś. Stwierdzenie, że to coś jest relacyjne, nie oznacza, iż nie mówimy o danej relacji”. To, że nie istnieją fakty, tylko interpretacja, nie przekłada się na nieograniczoność samej interpretacji. Czynnikiem, który stanowi właśnie taki próg interpretacji, jest, jak ujmował do Peirce, konsens wspólnoty dotyczący tego, które interpretacje są statystycznie owocne czy, innymi słowy, prawdziwe. Konsens wspólnoty obejmuje także to, które cechy są w danym przypadku istotne, relewantne dla poruszanej przez nas kwestii, a więc wspólnota zapewnia „gwarancję co do faktów”. To, że mogę skorzystać ze śrubokręta zarówno do wkręcania śrubek, jak i drapania się wewnątrz ucha, dowodzi, że na konkretną rzecz można spojrzeć z różnych punktów widzenia, „przez pryzmat wykazywanych przez nie cech istotnych”.
sobota, 5 lutego 2011

Ułuda wolności od wartościowania

Wolność od wartościowania jawi się jako bardzo szlachetny postulat. Czyż bowiem bezstronność naukowca nie czyni go wyjątkowo „naukowym”? Czy zadaniem naukowca nie jest wyłącznie analizowanie i oddzielanie ocen od owych analiz? Czy badacz społeczny nie powinien dążyć do li tylko wypełnienia aspektu pozytywnego, abstrahując jednocześnie od etycznej czy estetycznej oceny (aspektu normatywnego)?
Odpowiedź na postawione wyżej pytania jest jasna: oczywiście, że nie. Współczesne nauki społeczne dawno temu porzuciły Weberowską teorię wolności od wartościowania na rzecz Diltheyowskiego interpretacjonizmu i hermeneutyki. Zdaje się, że jeszcze jedynie szkoła austriacka obstaje przy tym jakże utopijnym spojrzeniu na społeczeństwo. Oczywiście, argument, że „dawno te czasy już minęły”, „nikt już tego nie robi” czy też „to przestarzałe” jest żadnych argumentem. Celem tej notki jest wskazanie, że szkoła austriacka stoi na stanowisku wolności od wartościowania nie tylko błędnie, ale i sama jest skażona wartościowaniami jak każda inna nauka. Z prostego powodu: inaczej się nie da.
niedziela, 23 stycznia 2011

O intentio operisologii cz. 6

Krytyka
Sama koncepcja intencji dzieła w żadnym razie nie spotkała się z jednoznacznym przyjęciem. Jedni krytycy byli jej przychylni. Są to w szczególności studenci Eco z Uniwersytetu Bolońskiego. Inni, jednakże, zwracali uwagę na pewne wyraźne niedomagania i niedociągnięcia. Z jednej strony bowiem, intentio operis wpisuje się w szerszy nurt interpretacji antyesencjalistycznej, czyli głoszącej, że nie istnieje wewnętrzna natura czy esencja – w tym przypadku: dzieła – że należy porzucić marzenia o możliwości dojścia do leżącej u podstaw dzieła struktury, odnalezienia uniwersalnych i obiektywnych znaczeń oraz zaprezentowania kody deszyfrującego każdy tekst. Eco można nawet uznać za jednego z prekursorów krytyki recepcji czytelniczej (reader-response criticism), szkoły interpretacji postulującej skoncentrowanie się na czytelniku, którego rola polega na tworzeniu dzieła w procesie interpretacji. Czytelnik odgrywa tutaj funkcję twórczą, produkuje swoje własne, niekiedy unikalne odczytanie tekstu. Z drugiej jednak, intencja dzieła skażona jest elementami właściwymi dla esencjalizmu, z pochodzenia typowego dla oświecenia. Esencjalizm, a contrario, stoi na stanowisku, że dzięki odpowiedniej procedurze możliwe jest znalezienie właściwej natury (esencji) rzeczywistości, stworzenie jakiegoś nadsłownika. Elementy te zostały poddane słusznej krytyce. To właśnie nimi zajmę się poniżej, analizując je z przyjętej na samym początku perspektywy postmodernistycznej.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

O intentio operisologii cz. 5

Autor i jego intencja
Przejdę teraz do zbadania istoty intencji autora. Jak napisałem wcześniej, jest to taka strategia interpretacyjna, która za swojego bohatera uznaje autora. Istotne w tym kontekście wydaje się zauważenie, że mowa jest o autorze empirycznym, czyli o osobie, która napisała tekst, o twórcy dzieła, a więc o tej postaci, która odpowiedzialna jest za nadanie tekstowi niejako „zastanego kształtu”. Nazwisko autora jest, jakby nie spojrzeć, nazwą własną. Nie jest ono wyłącznie odniesieniem (reprezentacją), lecz spełnia również inne funkcje. Obejmuje ono bowiem rozliczne deskrypcje. Umberto Eco to nie tylko Umberto Eco (desygnat), lecz także – pierwszy profesor semiotyki, autor Imienia Róży, najbardziej znany semiolog, znawca literatury hermetycznej (hermetyki), twórca koncepcji dzieła otwartego, właściciel 50 tys. książek, i tak dalej (deskrypcje). Nie jest ono, jednakże, samą deskrypcją ani samym desygnatem. Stwierdzić raczej trzeba, że sytuuje się na granicy między jednym a drugim; innymi słowy – nie jest to zwyczajna nazwa własna.
środa, 12 stycznia 2011

Randall G. Holcombe: Własność wspólna w anarchokapitalizmie

Rozważania na temat natury anarchokapitalizmu przebiegały zwykle przy założeniu, że wszelka własność w anarchokapitalizmie będzie pozostawać w rękach prywatnych. Literatura wyjaśnia, jak międzyosobowe umowy mogą zastąpić wszystkie funkcje, jakie spełnia państwo; autorzy tacy, jak Rothbard (1973), Friedman (1989) czy Benson (1990) bardzo przekonująco argumentują, że takie umowy znacznie lepiej niż rząd wypełnią zadania produkcji wszystkiego, na co rząd ma wyłączność – poczynając od zapewniania usług policyjnych przez drogi oraz prawo i sądy na wojskowości kończąc. Prace te zaakceptowane tutaj będą bez żadnego dowodu; artykuł ten ma na celu przyjrzenie się wyłącznie jednemu aspektowi społeczeństwa anarchokapitalistycznego: istnieniu własności wspólnej. Sądzimy, iż założenie, że każda własność pozostawać będzie w rękach prywatnych, jest nieuprawnione, ponieważ wszelka własność może być posiadana wspólnie, co przedstawimy poniżej; co więcej, libertariańska etyka nie pozwala na zawłaszczenie własności wspólnej. W skrócie, artykuł ten opisuje źródła własności wspólnej w anarchokapitalizmie.
niedziela, 9 stycznia 2011

O intentio operisologii cz. 4

Dwie intencje
Jeśli intentio operis jest w miarę jednoznaczne i określone (choć nijak nie zmienia to faktu nieuchwytności tego pojęcia), sytuacja ma się zgoła inaczej z pozostałymi dwoma intencjami. Napotykamy tu problemy natury rozmaitej, począwszy od ekwiwokacji, poprzez wieloznaczność aż do trywialności. Nie oznacza to jednak, że próba uchwycenia sensu tych zjawisk będzie z góry skazana na porażkę. Wręcz przeciwnie – jak postaram się udowodnić, dokładne rozważenie intencji czytelnika i intencji autora da mi lepszy wgląd nie tylko w intencję dzieła, ale także w samą działalność interpretacyjną.

Polub blogaska

Wystąpił błąd w tym gadżecie.