sobota, 25 grudnia 2010

O intentio operisologii cz. 2

Komunikacja za pomocą znaków
Widzimy zatem, że podstawowym tworem kultury jest znak. To właśnie znak, będąc korelatem znaczącego i znaczonego, służy jako podstawowa jednostka sensu. Ujmując inaczej, za Barthesem, znak składa się z materii (znaczącego, signifiant) oraz z ideologii (znaczonego, signifié). Materia nie ogranicza się tu jednak wyłącznie do obrazu akustycznego ani nie jest czymś danym, istniejącym przed samym znakiem; jest to po prostu substrat zmysłowy znaku. Ideologia zaś to pojęciowa nadbudowa materii. Nie znaczy to, jednakże, że materia istnieje niezależnie od ideologii. Stwierdzić trzeba raczej, że są to dwa aspekty tego samego zjawiska, dopełniające i uzupełniające się, a nie wykluczające. W skrócie: to dwie strony tej samej monety.

Znak może być komunikowany, przekazywany. Znak zawiera bowiem informację (albo bardziej adekwatnie: jest informacją), którą nadawca komunikatu może przekazać odbiorcy. Bierze więc udział w bezustannym procesie komunikatywnym przeprowadzanym w świecie społecznym (lecz nie tylko). Jak wiemy, przekaz nie musi polegać wyłącznie na porozumiewaniu się za pomocą słów. „[M]owa jest przekazem. Przekazem nie tylko ustnym; może składać się on z pism i przedstawień, wypowiedzi pisanej, ale także fotografii, filmu, reportażu, widowiska, sportu, reklamy”. „Mowa” nie jest tu niczym innym, jak stanowiącą pewną całość jednostką znaczącą, niezależnie od tego, za pomocą jakich narzędzi będzie wyrażana (czy będzie jednostką słowną, wzrokową, itp.). Jest to język, wypowiedź czy, jak zarysowałem w poprzednim podrozdziale, tekst. „Fotografia będzie dla nas słowem w tym samym stopniu co artykuł w gazecie; same przedmioty staną się słowem, jeśli tylko będą coś znaczyć”.



Świat znaczeń
Żyjemy zatem w świecie znaczeń, w świecie, któremu człowiek nadaje znaczenia na skutek procesu usensownienie. Wydawać by się mogło, że, skoro to człowiek jest podmiotem postrzegającym świat, wyłącznie w jego gestii pozostaje ustalanie znaczeń, niczym Nietzscheański nadczłowiek, Stirnerowski właściciel czy Bloomowski silny poeta (jako przykłady szerszej koncepcji autokreacji). Nie ma w tym podejściu nic niewłaściwego. Znaczenie nie jest bowiem dane „z zewnątrz”, nie jest narzucane człowiekowi przez świat. Znaczenie czy też, szerzej, język nie jest elementem pośredniczącym między światem a jaźnią, między rzeczywistością a podmiotem poznającym. Jak dowodzi Donald Davidson, język nie jest ani środkiem wyrazu, ani środkiem przedstawiania; jest zaś narzędziem, które pozwala nam obchodzić się z jakimś fragmentem świata. Nie istnieje bowiem nic takiego jak „język” czy „umysł”, jeśli mamy te pojęcia rozumieć w duchu Kanta, czyli jako całościową strukturę, która pozwala nam odkryć coś „rzeczywistego”, coś, co naprawdę kryje się za zjawiskami. Nie jest język również, jakby chciał Heidegger, swego rodzaju bóstwem, którego „ludzie istoty są zwykłą emanacją”. Dopiero wyrwanie się z błędnego koła języka jako medium pozwala nam na uniknięcie problemów sceptycyzmu, idealizmu i realizmu, z którymi filozofia boryka się od wielu wieków. Wynika to z prostej konstatacji:

Świat nie mówi. Tylko my to robimy. Świat może, kiedy już zaprogramujemy się za pomocą jakiegoś języka, sprawić, że będziemy żywić pewne przekonania. Nie może on jednak zalecić nam języka, którym mielibyśmy mówić.

Nie wyczerpuje to jednak zagadnienia. Jak można by, gdybyśmy bez zastrzeżeń przyjęli skrajnie solipsystyczne stanowisko autokreacji, odpowiedzieć na pytanie: jak dochodzi do porozumienia, jeśli każdy uczestnik procesu komunikatywnego posiada swoje własne znaczenia? Czy też: jak w ogóle możliwe jest porozumienie, skoro produkcja znaczeń nie jest niczym ograniczona? Umberto Eco w „Nieobecnej strukturze” udziela następującej odpowiedzi: „Związek między oznacznikiem a znaczeniem jest arbitralny, ale z chwilą, gdy zostaje narzucony przez język (…), znaczenie staje się obowiązujące dla mówiącego” („oznacznik” to w terminologii Saussure'a „znaczące”, a „znaczenie” - „znaczone”). Nie jest to ujęcie szczególnie zadowalające. Choć faktycznie przyznać trzeba, że znaczenie samo przez się jest arbitralne, to zdecydowanie nie jest ono w ostatecznym rozrachunku narzucane przez język. Nie wywiera on przymusu na mówiącego, nie obliguje nas do czegokolwiek. Język, można stwierdzić, w rzeczy samej komunikuje dane znaczenie, lecz nie można przystać na to, że słowa „każą” nam coś robić. Jak to się więc dzieje, że ten język, wraz z całym bagażem znaczeń, jest przez nas „przyjmowany”? Co sprawia, że wybieramy ten, a nie inny język? Adekwatną odpowiedź daje Stanley Fish: nasze uczestnictwo we wspólnocie interpretacyjnej. Otóż, jak charakteryzuje stanowisko Fisha Andrzej Szahaj, „[k]ażda interpretacja jest ściśle uzależniona od instytucjonalnego otoczenia, narzędzi rozumienia, w jakie wyposaża nas kultura. (…) Każda wspólnota interpretacyjna konstytuuje nie tylko swoje własne znaczenie tekstu, ale i coś więcej – tekst jako taki”. Arbitralność zatem nie przejdzie, gdyż jest stanowczo i zdecydowanie ograniczana przez moce takiej właśnie wspólnoty, zbiorowości dzielącej jedną kulturę. Trudno nie zauważyć tutaj jakże wyraźnych wpływów kulturalizmu, o którym pisałem wcześniej. No dobrze, ale czym jest interpretacja?



Interpretacja jako semioza
Powszechnie przyjmuje się, że celem interpretacji jest wydobycie sensu, do ustalenia znaczenia czegoś. Stanowisko takie dominuje zarówno w dziedzinie utworów literackich, muzycznych, tekstów prawnych, itd. Działanie interpretatora polega na analizowaniu słów, zdań, słowem: znaków w danym tekście. Interpretacja sprowadza się więc do nadawania tekstowi (w rozumieniu przyjętym w tej pracy) znaczenia. Jak jednak twierdzi Stanley Fish:

„[N]adać” jest zdecydowanie złym słowem, ponieważ implikuje ono dwuetapową procedurę, w której czytelnik czy słuchacz najpierw bada wyrażenie, a następnie nadaje mu znaczenie. (…) nie ma czegoś takiego jak pierwszy etap (…) słyszy się wyrażenie w obrębie jakiejś wiedzy co do jego celów i zamierzeń, a nie jako coś, co ma zostać dopiero określone (…) to, co jest słyszane ma już przypisany kształt i nadane znaczenie. Innymi słowy, problem tego, jak określone jest znaczenie, jest jedynie problemem tego, czy istnieje jakiś taki punkt, w którym jego określenie jeszcze się nie dokonało. (…) nie ma takiego punktu.

Interpretator nie „nadaje” znaczeń. Co więc robi? Umberto Eco pisze tak: „Interpretować (…) to wyjaśniać, dlaczego dane słowa [teksty] mogą zdziałać pewne rzeczy (a inne nie) przez sposób, w jaki są interpretowane”. Co więcej, „Tekst unosi się (…) w potencjalnie nieskończonej, pustej przestrzeni możliwych interpretacji”. Interpretator nie tyle więc odczytuje sam tekst, samą strukturę znaków, co wybiera spośród możliwych interpretacji; nie odczytuje, nie objaśnia, lecz tworzy, konstruuje. Wynika z tego, że zadaniem interpretatora jest przeprowadzenie procedury tworzenia znaczenia, semiozy w tym ograniczonym znaczeniu. Pamiętać wszakże należy, że interpretację przeprowadza się w danej wspólnocie interpretacyjnej. Nie może być tak, że znaczenie jest całkowicie arbitralne, że słowo może znaczyć wszystko. Znaczenie bowiem zawsze występuje w kontekście, zawsze jest sytuacyjne, co przekłada się na to, że to sytuacja określa nie tylko znaczenie, ale również same cele interpretacji. Interpretacja ma miejsce zawsze, gdyż zawsze mamy do czynienia z jakąś sytuacją, zawsze mamy jakieś kontekstualne tło. Żeby miała ona sens, musi mieć pewne cele, obejmujące zbiór założeń, które już mamy, gdy dochodzi do interpretacji. Taki zbiór założeń zwiemy strategią interpretacyjną. W najszerszym rozumieniu mamy do czynienia z trzema strategiami interpretacyjnymi: intentio auctoris, intentio operis i intentio lectoris.

PDF

19 komentarze:

jaś skoczowski pisze...

"„Fotografia będzie dla nas słowem w tym samym stopniu co artykuł w gazecie; same przedmioty staną się słowem, jeśli tylko będą coś znaczyć”."

Ten cytat ładnie wyraża problem z twierdzeniem, że wszystko jest znakiem - nie wszystko, bo nie wszystko musi Cię do czegoś odnosić. Pytanie "no i co z tego?" jest świetnym narzędziem do oznaczania tego typu sytuacji. Nie wszystko ma znaczenie, gest wskazywania np. żadnego znaczenia jako tako nie ma. Obrazy nie musza mieć żadnego znaczenia i są obrazami (i świetnie widać to w przypadku obrazów abstrakcynych). Przedmioty. Nawet słowa mogą nie mieć znaczenia. Np. jakie ma znaczenie eneduerabe? Albo gest palcem? Chcesz powiedzieć, że co znaczą? Bo moim zdaniem nic, ale albo robią coś z odbiorcą, albo należą do wystroju wnętrza jakiejś tam części języka, np. w logice to są spójki logiczne, w takim języku, jakiego teraz używam to są znaki przestankowe, albo jakieś marne żarty.

Co do interpretacji - interpretowanie jakieś znaku nie prowadzi do korzystania ze znaku, więc nie prowadzi do wyboru języka. Dopiero korzystanie ze znaków czyni ze mnie użytkownika języka. No i używać jeżyka mogę nie interpretując go, dlatego, że mogę używać jeżyka w ogóle nie odnosząc się do jego znaczenia (co nie znaczy, że pewne części jeżyka nie będą miały znaczenia, także tak rozumianego, jak Ty go rozumiesz).

Twierdzenie, że nie ma języka to od taki socjologizm, redukcja do wspólnoty. A język jest i kształtuje wspólnoty.

Trikster pisze...

W większości nie mam zielonego pojęcia, o co Ci chodzi. Żebym choć mógł zacząć rozumieć, odpowiedz, proszę, na następujące pytania.
1. Skąd pomysł, że znak to coś, co się do czegoś odnosi?
2. Jak rozumiesz "znaczenie"?
3. Dlaczego "korzystanie" ma być tym kryterium, które prowadzi do wyboru języka? Co to w ogóle znaczy "korzystanie"?

Trikster pisze...

Ad. 1. Lub też mam mnie do czegoś odnosić.

jaś skoczowski pisze...

"Skąd pomysł, że znak to coś, co się do czegoś odnosi?"

Znikąd, nie napisałem, że znak do czegoś odnosi. Ale jeśli sa rzeczy, które nie mają swojej ideologii, to nie mają znaczenia.

"Jak rozumiesz "znaczenie"?"

Tak jak je przedstawiłeś. Albo wytłumacz mi, gzie popełniłem błąd.

"Dlaczego "korzystanie" ma być tym kryterium, które prowadzi do wyboru języka? Co to w ogóle znaczy "korzystanie"?"

Dlatego, że jak sobie zinterpretuje znak, to jeszcze nie mówię w języku, którego ten znak jest częścią. A jak korzystam ze znaku według zasad jakaś języka - owszem.

Trikster pisze...

Tzn. co dokładnie nie ma owej "ideologii"? Niby na jakiej podstawie twierdzisz, że obraz abstrakcyjny nie ma znaczenia? Bo co, nie ma jakiegoś sprecyzowanego przedmiotu? No i widzisz, wydaje mi się, że jednak pojmujesz inaczej znaczenie niż ja; dla mnie, żeby mówić o znaczeniu, wystarczy, że coś wywołuje u Ciebie jakieś wrażenie. I właśnie to wrażenie jest dla mnie ideologią. Tak jak pisałem Filipowi:
"To znaczy, czy f432rtfewt5-igsfdg jest tworem kultury? Z całą pewnością jest to znak, jako że posiada on zarówno materię (znaczące), jak i ideologię (znaczone); materię nie należy tutaj rozumieć jako coś danego, jako coś "przed" znakiem, tekstem, interpretacją, lecz jako to, co widzimy, słyszymy, substrat, powiedzmy, zmysłowy znaku. Ideologia zaś to właśnie pojęcie, o jakim mówię (...), czyli w omawianym przez Ciebie przypadku np. "nabazgrane przez kota, niezrozumiałe". (...) Jest to więc znak".
A nawet, gdybyśmy chcieli nie odwoływać się do Barthesa, to wystarczy zwrócić uwagę na (jeśli mówimy o języku) na morfemy. I w języku morfemem jest dosłownie wszystko, każde "ą", "ę", "ć", znak przestankowy, wykrzyknik, będzie tutaj morfemem. Tak przynajmniej mi się wydaje.

A propos interpretacji. Interpretacja jest właśnie korzystaniem z języka. Jeśli ten temat interesuje Cię jakoś bardziej, odsyłam Cię do książki Stanleya Fisha pt. "Interpretacja, retoryka, polityka". Zresztą, w pracy tej nie ma na razie przypisów, więc nie jest to wersja ostateczna.

jaś skoczowski pisze...

"Tzn. co dokładnie nie ma owej "ideologii"?"

Nie czego nie ma w ideologii, tylko: nie ma ideologii. Jakaś rzecz.

"Niby na jakiej podstawie twierdzisz, że obraz abstrakcyjny nie ma znaczenia? Bo co, nie ma jakiegoś sprecyzowanego przedmiotu? No i widzisz, wydaje mi się, że jednak pojmujesz inaczej znaczenie niż ja; dla mnie, żeby mówić o znaczeniu, wystarczy, że coś wywołuje u Ciebie jakieś wrażenie."

Przecież sam napisałeś, że znaczenie nie może być arbitralne. A wrażenia, jakie może na mnie wywierać znak jak najbardziej mogą być arbitralne. Nie muszę np. nikogo pytać się o zgodę na to, żeby mi się obraz podobał, nie podobał, smucił mnie lub wywoływał we mnie silne wrażenia erotyczne. Ja nie twierdzę, że wszystkie takie zachowania są całkowicie niezależne od jakiejś tam wspólnoty. Ale jak powiesz, że wszystkie, to pozostawię Cię już z twoim niczym nie uzasadnionym determinizmem samego. W sensie, kompletnie się od niego odetnę, bo co, gdzie, jak.

Chyba, że Tobie chodzi o to, że obraz może mieć znaczenie, nawet jak nie przedstawia jakiś fizykalnych przedmiotów. Ależ oczywiście. Nie nazwałbym go, dla ułatwienia nam życia, abstrakcyjnym. Ale nie musi.

"A nawet, gdybyśmy chcieli nie odwoływać się do Barthesa, to wystarczy zwrócić uwagę na (jeśli mówimy o języku) na morfemy. I w języku morfemem jest dosłownie wszystko, każde "ą", "ę", "ć", znak przestankowy, wykrzyknik, będzie tutaj morfemem. Tak przynajmniej mi się wydaje."

Morfemy mają znaczenie tylko w takim sensie, że przychodza tacy panowie i kroją Ci słowo, jak żabkę, na kawałki, żeby zoabczyć, jak działa. I oczywiście, to się tak da robić. Rzecz w tym, że tylko Ciebie z nas dwóhc może interesować takie mówienie o języku.

Bo nie znam ludzi, poza lingwistami, którzy w słowie robotnik doptrzą się kilku znaczeń przypisanych kilku sylabom. Gdybyś spytał użytkowanika słowa robotnik, co znaczy robot- w słowie robotnik uznałby, całkiem słusznie, że bredzisz. Albo robisz doktorat. Jest to wazne – interesuje mnie jezyk taki, jakiego się go używa, a nie tak, jak wygodnie jest go opisać. Dlatego np. Nawet jak układam coś na kształt teorii (czy raczej po prostu skłaniam się do pomysłu Burroughsa, by posługiwać się analogią wirusa) to jest to właśnie podporzadkowane temu, ewentualnie moim tam wnioskom antropologicznym.

Nie zrozum mnie źle – wysoce szanuję lingwistów. Ale nie wierze, że mogą mi powiedzieć, jakie znaczenie ma część słowa robot– w słowie robotnik, gdy je używam, a oni te moje użycie po prostu pomijają, bo co ich interesuje pojedynczy użytkownik. A drugi człowiek mógłby, o ile używa tego samego języka.

"A propos interpretacji. Interpretacja jest właśnie korzystaniem z języka."

Nie, jeśli interpretacja ma tylko polegać na ustalaniu znaczenia. Możesz wiedzieć, co coś znaczy, w najbardziej pragmatycznym sensie, czyli znać zastosowanie jakiegoś tam narzędzi językowego i nie skorzystać z niego. I możesz odwrotnie - nie znać zastosowania i dalej zgodnie, z tym zastosowaniem, używać czegoś. W przypadku używania języka jest to częstsze, niż w innych przypadkach, ludzie zazwyczaj nie dumają nad tym, jak wolno używać słów, jak z nich składać zdania, jak nie, po prostu ich używają.

Nie dogadamy się, mówiąc język mówimy o czymś zupełnie innym, gramy tym słowem w inną grę językową, interpretujemy to w ramach różnych wspólnot interpretacyjnych. Tada.

Trikster pisze...

1. Napisałem, że znaczenie jest arbitralne.
2. Nie twierdzę, że zachowania są zależne od wspólnoty.
3. Owszem, mnie takie mówienie o języku interesuje. Ciebie nie, ale czy to mój problem?
4. Nie twierdzę również, że lingwiści, jak ich opisujesz, znają odpowiedzi na wszystko ani że ich ujęcie jest adekwatne w każdym przypadku. Myślę, że jest adekwatne w mniejszości.
5. Interpretacja nie polega u mnie na ustalaniu znaczeń.

Całkowicie błędnie mnie odczytujesz. I nie mam zielonego pojęcia, dlaczego. Może niewyraźnie piszę. Niewyraźnie, czyli mało konkluzywnie. Ale takie moje zamierzenie, nic z tym już nie zrobię. Co nijak moim zdaniem nie tłumaczy dokładnie odwrotnego odczytania przez Ciebie tego, co w tekście.

jaś skoczowski pisze...

Być może, ja miałem napisać, że nie bardzo wierzę w tej chwili, że moje upieranie się przy swoim ma sens (w żadnym innym sensie tego słowa, niż w tym, w którym używam go teraz :). Przy czym nie widzę winnego), stąd pozwolę sobie milczeć, po tym, co teraz napiszę.

Ad. 1 "Arbitralność zatem nie przejdzie, gdyż jest stanowczo i zdecydowanie ograniczana przez moce takiej właśnie wspólnoty, zbiorowości dzielącej jedną kulturę. Trudno nie zauważyć tutaj jakże wyraźnych wpływów kulturalizmu, o którym pisałem wcześniej. No dobrze, ale czym jest interpretacja?"

Ad. 3 To nie był zarzut.

Ad. 5 to na czym skoro: "Interpretator nie tyle więc odczytuje sam tekst, samą strukturę znaków, co wybiera spośród możliwych interpretacji; nie odczytuje, nie objaśnia, lecz tworzy, konstruuje. Wynika z tego, że zadaniem interpretatora jest przeprowadzenie procedury tworzenia znaczenia, semiozy w tym ograniczonym znaczeniu."

A generalnie być może się zagalopowałem w wyciąganiu wniosków z tego, co napisałeś i tyle. Dobranoc.

Trikster pisze...

Mam wrażenie, że się trochę zagalopowałeś.
Znaczenie jak najbardziej jest arbitralne, ale jednocześnie tak samo oczywiście arbitralne nie jest. Jak to ładnie ujmuje Fish: "Znaczenia są zarówno subiektywne, jak i obiektywne: są subiektywne, ponieważ stanowią część partykularnego punktu widzenia, a przez to nie są uniwersalne. Są one jednak także obiektywne, ponieważ punkt widzenia, dzięki któremu powstają, jest publiczny i skonwencjonalizowany". A interpretator u mnie (a także u Fisha i chyba też u semiologów, przynajmniej niektórych) znaczenia tworzy, a nie ustala je. Ustalanie implikuje bowiem jak dla mnie istnienie czegoś poza znaczeniem, co na to znaczenie wpływa. A mi się wydaje, że tak nie jest.
Dobranoc.

jaś skoczowski pisze...

"Znaczenie jak najbardziej jest arbitralne, ale jednocześnie tak samo oczywiście arbitralne nie jest."

Czyli po prostu nie jest arbitralne, tylko tworzysz je z innymi poprzez używanie języka? Bo jak ta, to się zgadzamy.

Trikster pisze...

Nom. Znaczy: jest arbitralne i nie jest arbitralne, zależy z jakiej perspektywy spojrzysz. Z Twojej: nie jest arbitralne, bo tworzysz je, jak piszesz, z innymi poprzez używanie języka.

JRz pisze...

Czyta się całkiem przyjemnie, autor poszerza moją wiedzę powołując się na różnych filozofów, nie mam się za bardzo z czym nie zgodzić. Stąd oceniam pozytywnie.
Ale muszę zadać jedno, sqrywsyńskie pytanie: jednym zdaniem - co z tego artykułu wynika?

Trikster pisze...

No, tu i ówdzie poumieszczałem sporo całkiem kontrowersyjnych tez. Przedstawiam swój własny język, będący połączeniem języków wyżej wymienionych filozofów. Dowodzę więc, że języki te są (przynajmniej w mierze, w jakiej z nich korzystam) kompatybilne, że nie są niewspółmierne i że są bardzo użytecznymi narzędziami. A na innym poziomie z tej notki wynikać będzie kolejna notka. :)

JRz pisze...

No to jakie są te kontrowersyjne tezy?
Mam wrażenie (bo nie wiem do końca, jakie konkretnie masz na myśli, tylko się domyślam), że brzmieć kontrowersyjnie to one będą tylko wyrwane z kontekstu i opacznie zrozumiane.

O które dokładnie dwa języki (czyje?) chodzi?

Trikster pisze...

No, np. że podstawową jednostką kultury jest znak, że wszystko jest interpretacją, że znaczenie się raczej tworzy aniżeli ustala czy też że nic nie może być wyrwane z kontekstu i opacznie zrozumiane. :)
Chodzi mi tutaj o aspekt prywatny języka, czyli np. język Rorty`ego, język Barthesa, język Fisha, itd.

JRz pisze...

"podstawową jednostką kultury jest znak" - w odróżnieniu od czego?

"że wszystko jest interpretacją" - to samo. Czy to nie stwierdza, aby tylko tego, że świat jest subiektywny i nie ma prawd absolutnych?

"że znaczenie się raczej tworzy aniżeli ustala" - to może jeszcze w miarę. Ale piszesz bardziej o odtwarzaniu znaczenia, które wcześniej nadane było niż o niczym nieskrępowanym tworzeniu.

"czy też że nic nie może być wyrwane z kontekstu i opacznie zrozumiane. :)"
A czy ty tego czasem nie masz na takiej zasadzie, że ja wyrwę fragment twojego tekstu, ktoś zrozumie to sprzecznie z rozumieniem całego artykułu, a ty na koniec powiesz, że każda interpretacja jest równie dobra?

Tzn. czy aby owa niemożność zrozumienia opacznie nie wynika z tego, że po prostu pozbawiłeś prawa bytu wszelkiej "opaczności"?

Wiem, że jestem irytujący, czepiam się i nic nie rozumiem ;-)

Trikster pisze...

1. Np. w odróżnieniu do ujęcia holistycznego, ujęcia akulturowego, redukcjonistycznego, itd.
2. Nie, świat jest zarówno subiektywny, jak i obiektywny, skąd wynika bezsens tej dychotomii.
3. Nie, znaczenie nie jest odtwarzane z tego samego powodu, co nie jest nadawane. Oczywiście, z jednej strony, jak pisałem do Jasia, tworzenie znaczeń jest niczym nie skrępowane, a z drugiej jest skrępowane kulturą.
4. Co to jest "rozumienie całego artykułu"? "Opaczności"? Nie rozumiem.

JRz pisze...

Co do 3: czy więc znaczenie komunikatu u odbiorcy i nadawcy ma jakiekolwiek punkty wspólne? Jakoś nie potrafię tego zrozumieć. Na czym ma w takim razie polagać jakakolwiek komunikacja?

4. Tzn. rozumienie tego zdania w kontekście całego artykułu.
Jeśli powiesz, że zrozumienie tekstu przez nadawcę i zrozumienie tekstu przed odbiorcę, oba są tak samo prawdziwe to automatycznie wyeliminujesz jakąkolwiek możliwość zrozumienia opacznie. Nie będzie sposobu, by opaczność zaistniała jeśli każda odpowiedź jest właściwa.

Dobrze, ja może już nie będe się wypowiadam tylko poczekam na kolejną część. Tam się może więcej wyjaśni.

Trikster pisze...

3. Komunikacją zajmuję się tu bardzo pobieżnie. Polega ona na przekazywaniu znaku (informacji) adresatowi przez nadawcę. Tyle że interpretują oba podmioty, ale interpretują w ramach danej wspólnoty interpretacyjnej, w której znaczenia są określone.
4. Nie ma możliwości zrozumienia opacznie, jeśli podstawową intencją jest intencja odbiorcy. Możliwość taka wystąpi wtedy, gdy podstawową intencją jest intencja autora. I o tym będzie następna notka.

Prześlij komentarz

Polub blogaska